Wydawało mi się, że już swoje początki z wędką, a właściwie z kijem (leszczynowym) opisywałem, ale być może "zaginęło w akcji..."
Mając nie więcej niż 10lat, spostrzegłem że dużo starsi koledzy od jakiegoś czasu oddają się pasji łowienia ryb na pobliskim leśnym stawie. Staw zarybiony był przez starszego gościa (z nadleśnictwa). Dodam, że były to lata 69/70. Piękne czasy... to były
Ale do rzeczy... do lasu było blisko, więc kij leszczynowy wybrałem jak najdłuższy, najlżejszy i najmniej sękaty, żeby w tych miejscach nie pękał. O kołowrotku wówczas nawet nie słyszałem, więc żyłka (z myjaka do naczyń) uwiązana była w miejscu, gdzie dziś mamy kołowrotki.

Oczywiście zadbałem też o przelotki skręcone z drutu miedżianego.
Do zrobienia przelotki potrzebny był gwóżdż. Na niego nawijało się kilka zwojów drutu i przelotka była już gotowa. W zrobieniu wędki (nie jednej)

pomógł mi bardzo mój rówieśnik, który pilnie podpatrywał swego wujka - wędkarza.
Za spławik służyło odpowiednio przycięte gęsie pióro i odpowiednio dociążone ołowiem. Z ołowiem też nie było problemu, bo wujek miał go pod dostatkiem. (Z ołowianej blachy wyciskał na prasie śruty do swej wiatrówki). Aha, zapomniałbym... haczyk miałem wygięty ze zwykłej szpilki
Przed rodzicami musiałem ukrywać swój sprzęt, bo i starszy brat miał kiedyś problemy co do wędkowania. O bracie celowo wcześniej nie wspomniałem, bo też bał się rodziców i nie chciał mieć ze mną nic wspólnego co do wtajemniczania mnie w to hobby. Poza tym byłem kilka lat młodszy i byłbym tylko kulą u jego nogi.
Widać, nie mieliśmy lekkiego życia pod tym względem.
Ale jak to mówią... "zakazany owoc najlepiej smakuje."
Co do pierwszej złowionej ryby... szczerze mówiąc nie pamiętam. To były jakieś kiełbie znad Widawy . Nad leśny staw nie miałem odwagi się zapuścić, bo właściciel mógł mnie złapać.
Natomiast kontrole nad Widawą... ponoć były, ale nigdy ich nie widziałem(śmy).
Jedno zdarzenie utkwiło mi w głowie. Wspomniany wcześniej rówieśnik (Janek), zaproponował ażeby zapolować na szczupaka. KIlka metrów od koryta rzeki Widawy powstał maleńki stawik. Dziś jednym rzutem oka stwierdziłbym, że jest zamieszkany przez nie jednego drapieżnika.
Kolega musiał coś już wiedzieć na ten temat. Wkrótce też udało mu się złowić w rzece okazałego kiełbia. Oczywiście posłużył mi zaraz za żywca.
Zahaczyłem go na swój haczyk i zanurzył się pod liściami pływającymi na wodzie niedaleko mych nóg. Dodam tylko, że stałem na jakimś dużym pniu - krok od brzegu.
Nie trzeba było długo czekać na rekcję szczupaka. Po kilku minutach zauważyłem jak mi ginie spławik pod wodą i mocne targnięcie przynętą.
Dziś nie potrafię opisać mojego zaskoczenia, gdy ujrzałem dużego szczupaka na swej wędce, ale musiało być wielkie, bo stojąc na wspomnianym pniu, nie przyszło mi do głowy
majtnąć nim za siebie na brzeg.
Żeby było ciekawiej, operację powtórzyłem z podobnym skutkiem.
Trzeci raz już szczupaczek nie chciał współpracować.
Kiełb zesztywniał i tylko ślady po zębach sczupczyka mogliśmy "popodziwiać ".
Od tamtej chwili minęło mnóóóóóóstwo czasu. Tak się złożyło, że wędka musiała iść w kąt.
Dziś znów zaczynam jakby od nowa.
