Z niecierpliwością czekałem, aż Wojtek skończy tego dnia pracę. Aby spożytkować wolny czas, człapałem w neoprenowych spodniobutach po piaszczystej, Gdyńskiej plaży i od niechcenia ciskałem wąską, srebrzystą wahadłóweczką w nadziei na spotkanie z beloną. Niestety, całkowity brak słońca nie wróżył dobrych brań i tylko cztery ryby zdecydowały się na zaatakowanie moich blaszek. Długodziobe były jednak niesamowicie zwinne i w południe zakończyłem spinningowanie z wynikiem 4:0 ... dla ryb.
- „ panie, ni ma śledzia....” – to zdanie słyszałem już kilkanaście razy. Łaziłem po hali rybnej i w każdym stoisku szukałem najlepszej przynęty na flądry.
- „ panie, kutry od tygodnia w morze nie wychodzą, ni ma śledzia...” – jeszcze raz to usłyszę i chyba się popłaczę. Przejechałem prawie 400 kilometrów żeby poholować sobie fląderki, a zapowiada się że polegnę już na starcie. Bez przynęty to mogę sobie posiedzieć na plaży i pomoczyć nogi w Bałtyku...
Na samym końcu hali, wypatrzyłem śledziowe niedobitki. Malutkie rybki sprasowane były, jakby siedział na nich poseł Ryszard Kalisz. Wyglądały jak jednolita, rozciamkana masa, a nie stadko śledzi. Trudno, jako że było to jedyne stanowisko gdzie sprzedawali te rybki, poprosiłem o pół kilograma rozpaćkanej, rybnej mazi. Niuchnąłem czy za bardzo od nich nie jedzie i z mieszanymi uczuciami pojechałem pod dom Wojtka...
Portowe nabrzeże oblegane było przez miejscowych wędkarzy. Nie lubię tłoku nad wodą, ale z drugiej strony mocna obsada wędkarskich miejscówek świadczy o tym, że nie przyjechaliśmy na darmo. Miejscowe rybo łapy nie miały jednak tęgich min – ktoś tam coś złowił, inny miał dwa brania, raczej szału nie ma. Flądry tego dnia nie żerowały, więc kilku kolegów po kiju gaworzyło sobie wesoło przy butelce dość mocnego alkoholu.
Zanim zmontowałem drugą wędkę, Wojtek już zaciął i holuje niewielką, płaską rybkę. Widząc to, moje paluchy samoczynnie zaczęły szybciej wiązać haczyk. Fląderka była naprawdę niewielka i gdy odzyskiwała wolność, od strony biesiadujących przy flaszce kolegów dało się słyszeć syk zdziwienia:
- „ widziałeś, mięso wypuścił...” – usłyszałem. Gość z wybałuszonymi w naszym kierunku oczami od razu skojarzył mi się z kormoranem...
Zabrałem się za filetowanie rozpaćkanych śledzi. Nie, filetowaniem tego nazwać nie mogę. Mimo bardzo ostrego noża, rozmaśliłem biednego śledzika po metrowym odcinku portowego umocnienia. Widać było tylko łepek, a metr dalej znajdował się ogonek. Reszta to mokra plama, jakiś flaczek i kilka łusek. Wojtek z uśmiechem zabrał mi nóż i całkiem sprawnie rozpołowił kolejną rybkę. Chłopak ma wprawę w operowaniu nożykiem....
Czekałem na branie, a Wojtek zaczął już mnie denerwować. Fotografa sobie znalazł... Od dwóch godzin moja wędkarska aktywność ograniczała się do zakładania rozciamkanych śledzi na haczyki, przerzucania wędek, podziwiania kompana jak holuje kolejne flądry i robienia mu zdjęć z pojmanymi rybkami. Nie, to nie była zazdrość... po prostu zacząłem powątpiewać w swoje szczęście.
Wreszcie szczytówka mojej wędki zadrgała. Nie wiem czy byłem bardziej szybki i wściekły czy wściekły i szybki, ale zwinnym susem dopadłem do wędki i już chciałem zamalować rybie po zębiskach, gdy usłyszałem głos Wojtka – „ spokojnie, poczekaj jeszcze chwilę...”.
W napięciu czekałem na kolejny ruch szczytóweczki, który nastąpił po kilkunastu sekundach. Krótkie zacięcie, niezbyt emocjonujący hol i średniej wielkości fląderka wywindowana została na brzeg. Wreszcie gęba mi się poszerzyła i zadowolony zabrałem się za nadziewanie kolejnego, sprasowanego kawałka śledziorka na haczyk.
Gdy zrobiło się ciemno, większość wędkarzy zwinęła sprzęt i porozłaziła się do domów. Przenieśliśmy się trochę bliżej latarni morskiej, ponieważ łowisko było tam trochę głębsze i dawało się wyczuć lekki prąd wody. Brań też było nieco więcej i co jakiś czas udawało nam się wyholować całkiem spore flądry. Świetliki na naszych wędkach co kilkanaście minut ożywały, więc nie było mowy o spaniu.
Koledzy, którzy biesiadowali przy wodzie ognistej też postanowili zmienić miejscówkę i udać się w nasze rejony. Pierwszy szedł nawet żwawo – „ pewnie kierowca „ – pomyślałem. Żwawo, nie znaczy prosto. Trochę go rzucało na boki, jednak dość sprawnie szła mu zmiana stanowiska. Drugi imprezowicz miał już pewne kłopoty. Dolne kończyny zaplątały mu się w składany fotel który jeszcze przed chwilą niósł pod pachą, a że ręce miał zajęte bo dzielnie dzierżył w nich wędki, torbę i wiaderko, nie mógł się biedaczysko uwolnić z pułapki. Kaloszki wplątały się pomiędzy aluminiowe rurki od krzesełka i biesiadnik drobił teraz kroczki jak gejsza. Odcinek niecałych stu metrów pokonał w piętnaście minut, jednak na mecie zaliczył upadek na nochal. Niezrażony wyplątał się z fotela i sprawdził czy w torbie nic się nie stłukło. Pomruk zadowolenia oznaczał, że chyba nic się nie wylało i będzie jeszcze przy czym posiedzieć...
Trzeci z wędkarzy, miał już problemy na starcie. Ruszył ostro, tyle że w złym kierunku i na czworaka. Czołgając się pokonał kilka metrów, jednak niespodziewanie na drodze stanął mu betonowy murek. Przyjęcie pionowej pozycji znanej ludzkości już od dawna, zajęło mi kilka dobrych minut, ale wreszcie się udało. Trzymając się owego murka, gibał się na wszystkie strony i starał się dogonić dwóch swoich kompanów, którzy już dawno zniknęli mu w ciemnościach czerwcowej nocy. Kilkunastometrowa podróż była najwyraźniej bardzo męcząca, ponieważ biesiadnik trzymając się murka ... zachrapał. Na stojąco !!! Majtało nim solidnie, ale skubaniec chrapał zdrowo za naszymi plecami przez godzinę. Gdy zaczęło się rozwidniać – padł.
I tak to trzej biesiadnicy przywitali nowy dzień pogrążeni w głębokim, alkoholowym śnie. Dwóch w fotelach przy wędkach, a trzeci pod murkiem – z dala od wędek, z dala od swoich współtowarzyszy, za to z olbrzymią, mokrą plamą z przodu spodni. Lał, ale zapomniał wyjąć......
Wieczorem, będąc już w domu rozkoszowałem się smakiem świeżutkich fląderek. Dawno nie jadłem tak smacznej rybki...
Dzięki Wojtek za miłe towarzystwo i za cenne wskazówki – nie tylko, jak wy filetować rozmaślonego śledzia
Kamil Walicki alias łysy wąż



Nowości