Witam. Darek namawiał mnie na Wasze forum i .... namówił. Na "wkupne" wstawiam Wam opowiadanko i życzę dobrej zabawy przy czytaniu.
Stynka
Lekcja języka
Wtorek 22 Listopad 2005
Brnąłem przez łąkę pokrytą poranną rosą . Słońce znaczyło już korony drzew delikatnym rąbkiem złota i purpury. Do rzeki pozostało mi kilkanaście kroków. Oby tylko ukochana miejscówka była pusta! W marnym świetle wstającego dnia próbuję przebić wzrokiem znajomy krzak łozy: wolna czy nie?!?!?! Cholerny świat! Potykam się o kretowisko i z trudem utrzymuję równowagę. Mały figiel a sprawdziłbym nosem świeżość ziemi. Wolna!!!!!!!!!
Błyskawicznie „dokonuję rezerwacji”: podpórki wbijam w brzeg – na razie byle jak, rozstawiam krzesełko i dopiero teraz wyjmuję z pokrowca wędki. Montaż nie zajmuje mi wiele czasu. Decyduję się na tyczkę „piątkę”, żyłka 0.12, przypon 0,10, haczyk nr16. Wystarczy? A może przypon 0.08? Może haczyk 18? Nie, niech będzie jak jest! Do przygotowanej w domu zanęty dodaję trochę ziemi z nieszczęsnego kretowiska i dociążam gliną z odrobiną kleju. Jeszcze tylko pinki i...... pierwsze kule lądują w wodzie, zgodnie z zasadami. Na haczyk zakładam pojedynczą czerwoną pinkę i..... siup. Zestaw ląduje dokładnie tam, gdzie chcę: na pograniczu nurtu. Przez chwilę płynie z prądem, potem zawraca, mija kilka małych „wirków” , przepływa prawie pod gałęziami krzaka i po chwili znów znajduje się na granicy nurtu. Znam to miejsce od dawna. Zawsze było dla mnie szczęśliwe. Teraz też mały spławiczek staje na mgnienie oka a potem ostro rusza w dół!
Zacięcie i .. przyzwoita płotka . Odhaczam ją ostrożnie i wypuszczam.
- Ciao, bambina, spadaj mała......- podśpiewuję sobie polską przeróbkę przeboju Druppiego.
- Coś pan, q...rwa, zgłupiał? Po cholerę pan taką płotkę wyrzucił? – rozległo się z drugiej strony krzaka. Zamarłem. Zajęty przygotowaniami nawet nie zauważyłem, jak po drugiej stronie krzaka rozsiadł się inny wędkarz. Zerknąłem ciekawie przez gałęzie: typowy autochton. Papieros w kąciku ust, trzydniowa szczecina na gębie, czapka chyba przedwojenna, aż świecąca od ..... no cóż, od brudu i tłuszczu. Podobnie jak kapota, która zapomniała chyba, co to pranie. Nie lubię takich typów.
- A co to panu przeszkadza?- zapytałem z góry nastawiony na „pyskówkę”. –Moja ryba, to mogę robić, co chcę, może nie?
- Pan wędkarz miastowy?- zapytał z taka pogardą i ironią w głosie, że aż się we mnie zagotowało.
- Owszem, miastowy. To też panu przeszkadza?
- Przeszkadza, żebyś q...wa wiedział, że przeszkadza! – przeszedł na wyższy stopień zażyłości dość szybko i bez skrupułów.- Moja łąka, to może przeszkadzać!
- A prawo wodne pan znasz? Dostęp do wody musi być! – wymądrzałem się coraz bardziej zły.
- Co ty mi tu q..wa z prawem wyjeżdżasz – warknął. –Łąka moja ! Chcesz tu siedzieć, to zamknij pysk. Ryby płoszysz. Gówno miastowe przylazło i pyskuje...
Pierwszy raz spotkałem się z takim przyjęciem. Nikt nigdy mnie nie wyganiał ani nie zaczepiał. Otrząsnąłem się z szoku kiedy następna płotka zatopiła spławiczek. Przestałem zwracać uwagę na ponuraka po drugiej stronie łozy. Dzień wstawał piękny, rzeka i łąka pachniały, ryba brała..... żyć, nie umierać. Jedna za drugą płocie lądowały w wodzie. Za krzakiem mamrotał autochton. Zerknąłem na jego sprzęt. Potężny, ruski teleskop, kołowrotek jak na karpia, żyłka.... widoczna nieźle, pewnie co najmniej 0,2 lub nawet 0,3 a spławik jak z korka od flaszki jabola. Co on chce złapać? Jak na razie nic mu nawet nie puknęło. Pewnie to żywcówka- pomyślałem. Kit mu na monogram, niech siedzi cały dzień o suchym pysku.
Koło 9 zrobiło się już ciepło. Płocie przestały brać. Złapałem pasikonika, który łaził mi po nodze i dla zabawy bardziej niż z przekonania zaczepiłem go za odwłok na moim małym haczyku. Zarzuciłem i ku mojemu zdumieniu ledwie dotknął wody – zniknął w pysku ryby. Wyholowany jaź ważył ponad pół kilo. Ponowiłem eksperyment z jeszcze lepszym wynikiem: ten miał koło kilograma i aż drżałem o los przyponu. Oczywiście oba wróciły do wody. Autochton nie wytrzymał:
- Panie, po ch.... pan tu przyjechał?
- Na ryby- odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- To po ch.... je pan wypuszcza? – dociekał.
- Taki mam zwyczaj. Łapię i wypuszczam. Zasada „no kill”. To po angielsku- wymądrzałem się. – Znaczy tyle, co „złów i wypuść”. Mniej więcej.
Nie powiedziałem, że raczej więcej niż mniej, ale co tam! Tubylcowi- gumofilcowi nie będę się tłumaczył.
- Że niby nie je pan ryb? Jarosz znaczy się? – nie wiem, czy był zaciekawiony , czy nabijał się ze mnie. Na wszelki wypadek zrobiłem mu wykład, naszpikowany masą nowoczesnego słownictwa wędkarskiego, w znacznej części zapożyczonego od Angoli. Słuchał, choć z pewnością nic do tumana nie dotarło. Skąd taki burak może wiedzieć o „no kill”? Przecież oni to ryby kłusują, kłonicą, kasarkiem, czym się da. A ten z „wędką tatową” pewnie jeszcze..... fajans jeden. Gdzie jego spławik?- Spojrzałem na wodę, ale „korkowca” nie było widać. Za to szczytówka teleskopu wygięła się całkiem przyjemnie. Zatkało mnie. Po chwili patrzyłem, jak autochton umieszcza w siatce, co najmniej kilowego klenia. Jakim cudem na taki sprzęt?!!!! Zazdrość szarpnęła mną jak psem sąsiada na smyczy. Niedoczekanie, żeby miał lepszy połów. Pośpiech jest złym doradcą. Machnięcie zbyt gorączkowe i zupełnie nieprzemyślane umieściło zestaw w łozie . Szlag by to trafił! Będzie miał ze mnie niezły ubaw! Ale tubylec nawet nie zwrócił na mnie uwagi, zajęty holem kolejnego kleniska. Odczepiłem zestaw i zarzuciłem ponownie.
- Dzień dobry panu. Straż rybacka, proszę kartę do kontroli – usłyszałam cichy głos za plecami. Odwróciłem się. Za mną stało dwu facetów w moro. Ich „oznakowanie” wszystko tłumaczyło. Bez dyskusji podałem dokument. Obejrzeli go starannie i zwrócili mi z uśmiechem na sympatycznych twarzach. Pogadaliśmy chwilę o mojej pustej siatce i zasadzie „no kill’ i o małej ilości ryb a dużej kłusowników- jak to nad wodą. I wtedy diabeł szepnął mi do ucha: powiedz im, że tam siedzi kłusol. Niech go sprawdzą! Tak i zrobiłem
- Panowie, tam po drugiej stronie krzaka siedzi jakiś facet. Na moje oko kłusol. Sprawdźcie go, panowie. Zobaczcie, czy ma kartę i przejrzyjcie mu siatkę- judziłem.
- W porządku, sprawdzimy- uśmiechnęli się miło a ja pomyślałem sobie, że teraz dobiorą mu się do skóry. Strażnicy przeszli na druga stronę krzaka. Nastawiłem uszu:
- Dzień dobry, panie Stefanie!- usłyszałem i zamarłem. Ładny gips! Są w zmowie!
- Dzień dobry wujku- włączył się drugi strażnik.- Co tam słychać? Ciocia zdrowa?
- Zdrowa, zdrowa... Ale że dziś piątek, kazała mi bez ryby na obiad nie wracać.
- I masz coś? – dociekali stróże prawa.
- Iiiiiiiiiiii nie bardzo . Coś tam mam- kręcił. -Sami zobaczcie – podsunął im siatkę z kleniami.- Nie bardzo to smaczne, ale ciotka umie przygotować nawet sznycle z łozy- żartował. Ciekawe, że głos miał jakby inny, weselszy, choć trochę może zatroskany....
- Ale klenie!- Pochwalili z uznaniem strażnicy. -Pokaż, wujek, kartę. Kontrola musi być. Nie ma to tamto!
No i pokazał. Sprawdzili ją posłusznie a potem..... Pot mnie zimny oblał:
- Wiesz, wujek, ten facet za krzakiem uważa cię za kłusola! – powiedział młodszy rozbawionym głosem a mnie mało apopleksja nie raziła. No, jak sobie pójdą, to mi autochton ani chybi pysk obije! Albo zrobią to rodzinnie. W popłochu zacząłem się pakować. Za krzakiem rozmowa toczyła się dalej:
- Bo co mu nie pasuje? Że jak miejscowy to od razu gumofilc, burak, kłusol? Zwykły z niego dupek żołędny i tyle. Wiecie, że on mi po angielsku „no kill” tłumaczył?! A ważny był jak kogucik! Mało nie podskakiwał w tych swoich angielskich woderach, pajacyk miastowy. Jakąś drobnicę na tyczkę łowił...... No, po sprawiedliwości miał i dwa jazie, ciut większe....
- To mówisz, wujek, że on ci po angielsku „no kill” tłumaczył – pytali rozbawieni strażnicy, - A wiedział on, że ty wojnę w angielskim lotnictwie spędziłeś?
- Zdurniał ty, czy co? A skąd miał wiedzieć? Młody jest- sam się nie domyśli- uśmiechnął się „tubylec”.- A ja nie z każdym o tym gadam....
Policzki piekły mnie coraz bardziej. Uszy płonęły chyba jak pochodnie. Skończyłem pakowanie i cichcem wyniosłem się znad brzegu w kierunku samochodu. Spakowałem klamoty, zamknąłem bagażnik i dopiero wtedy zobaczyłem wydrapany na klapie napis. Rano go z pewnością nie było. Musiały to zrobić jakieś przechodzące smarkacze. Odczytałem go. Przez chwilę treść nie docierała do mnie. Przeczytałem jeszcze raz i zrozumiałem. W końcu jestem magistrem filologii angielskiej:
SCOTSCH ME TEA WHO YOU JEAH BUNNY.
Tę lekcje języka zapamiętam na długo. Również w kwestii trzymania go za zębami. Może mi się należało?




Nowości