Opowiadanie nr 4 przesłał Morrum - Michał
Dwunastego lipca od rana nie mogłem usiedzieć na tyłku. Wędki od kilku dni grzały się w pokrowcu, plecak pękał w szwach od upchanych w nim klamotów a ja chodziłem z kąta w kąt nie mogąc doczekać się wyjazdu.
Wreszcie nadszedł wieczór i obładowany tobołami pojechałem ciasnym busem na dworzec kolejowy Bydgoszcz Główna. Byłem na miejscu na pół godziny przed planowanym przyjazdem pociągu, który o jakieś kolejne pół godziny się opóźnił. Tylko spokojnie myślałem drepcząc w miejscu w oczekiwaniu na zieloną sylwetkę lokomotywy. Chowając wydaną przez panią w okienku kasowym resztę do zewnętrznej kieszonki ciut za mocno zaciągnąłem zamek i pękający do tej pory w szwach plecak pękł dosłownie. Kur... wymknęło mi się. Tylko spokojnie, co się źle zaczyna to się dobrze kończy, jak mawiał Czarek w "13 Posterunku". W końcu na industrialnym tle horyzontu ukazały się światła pociągu. Nareszcie. Kiedy żelazny robak dotarł na peron szybko wskoczyłem do środka i zająłem miejsce w prawie pustym przedziale. Po niedługiej chwili pociąg ruszył, za oknami zapadała ciemność rozjaśniana jedynie latarniami mijanych przejazdów i migotaniem gwiazd przebijających się przez chmury. Pociąg sunął na południe a monotonny stukot kół i lekkie kołysanie na szynach zachęcały do snu. Podróż mijała spokojnie, nawet konduktorzy nie przerywali odpoczynku znużonym pasażerom.
Kiedy zaczęło się rozwidniać zbliżaliśmy się do Dąbrowy Górniczej. Śląsk, muszę tu zajrzeć z wędką, bo Tom mnie zabije za niedotrzymanie obietnicy danej jakiś czas temu, ale tymczasem trzeba jechać dalej. Bardzo długie półtorej godziny później pociąg dotoczył się na peron Krakowskiego dworca głównego. Wyskoczyłem na imitującą marmur posadzkę peronu i gnałem co sił w nogach obładowany niemiłosiernie ku schodom prowadzącym do przejścia na inne peron. Według rozkładu wyczytanego w internecie za kilka chwil odjeżdżał mój pociąg w kierunku Tarnowa, a ja nawet nie wiedziałem z jakiego peronu! Na rozkładach nie mogłem go znaleźć, dziwne. Ruszyłem biegiem ku schodom, które pamiętałem, bo już nie raz tędy przechodziłem i stąd jechałem, ale czy to ten peron tym razem, tego nie byłem pewien. Kiedy nieźle już zdyszany pokonałem ostatnie stopnie dostrzegłem czerwony, elektryczny skład z jarzącym się na żółto napisem "Tarnów" na czole pierwszego wagonu. Czyli dobrze trafiłem. Wskoczyłem do pociągu, zająłem miejsce i odpoczywałem po krótkiej, ale męczącej przebieżce. Przydało by się schudnąć i nabrać formy. Po godzinie monotonnej podróży wysiadłem na znajomej mi stacji przed Bochnią. Było około dziewiątej rano ale już o tej porze po wyjściu z pociągu buchnął mi w twarz żar rozgrzanego, drgającego powietrza i zapach topionego asfaltu. Strach pomyśleć co będzie się działo za kilka godzin.
Na stacji czekała na mnie Majka, mama mojej serdecznej przyjaciółki, po rodzinnym przywitaniu zabrała ode mnie kilka bagaży, które umieściła na swoim rowerze w zamian dając mi smycz. No tak, ten kundel Tito znów zwiał z podwórka i nie daje się złapać. Dziwnym trafem tylko wobec mnie nie jest aż tak podejrzliwy i daje się podejść na tyle blisko, by udało się zapiać mu smycz na obroży. Po kilku minutach pies siedział już grzecznie w swoim kojcu a ja rozpakowywałem moje bagaże w gościnnym pokoju, co w przypadku plecaka nie było trudne, gdyż szwy poszły mu do tego stopnia, że wystarczyło go przechylić a zawartość wypadła bez oporów. Planowałem najbliższe dni. Może Wisła, może Raba, może cudowne jeziorko w lesie, które dało mi już niejednego szczupaka a może jedna z pstrągowych rzeczek w okolicy. Zobaczymy.
Pierwsze dwa dni minęły względnie spokojnie. Było zbyt gorąco by samemu wybrać się gdzieś rowerem na ryby, zresztą tak Raba jak i Wisła w nieodległych okolicach były na tyle podwyższone po niedawnej powodzi, że zniechęcały do odwiedzania ich z wędką. Poranki mijały na spokojnych, zwykle drobnych pracach przy domu a popołudnia i wieczory na błogim leniuchowaniu w cieniu i popijaniu zimnego chmielowego napoju. Jednym słowem sielanka. Gdyby jeszcze nie te miliony natrętnych komarów uznał bym, że niepostrzeżenie umarłem i trafiłem do Nieba. Ale nie przejechałem przecież prawie całej Polski, by się opalać. Robert, mąż Majki, wziął kilka dni urlopu i oznajmił ku nieskrywanej radości reszty towarzystwa, że jedziemy na kilka dni na biwak nad wodą. Tak więc następnego dnia całą czwórką wylądowaliśmy nad stawem w Jurkowie. Lokalizacja o tyle korzystna, że na samym stawie można sobie połowić wszystkimi metodami a nieopodal kusząco szumią wody Dunajca. Majka i Robert szybko rozłożyli sprzęt i zarzucili po dwie wędki z nadzieją na branie karpia lub amura, których to ryb jest tam ponoć całkiem sporo, natomiast Marika i ja postanowiliśmy poszukać szczęścia ze spinningami w dłoniach i łowiliśmy okonki, Marika okazała się lepsza, gdyż wyjęła na delikatny zestaw całkiem niebrzydkiego szczupaka, podczas gdy mi brały wyłącznie skarlałe okonki. Późnym popołudniem schowałem się pod dachem uciekając przed promieniami słońca, ale było już za późno, delikatne pieczenie było pierwszą oznaką tego, że najbliższe kilka dni będę cierpiał z powodu słonecznych oparzeń. Wieczorna prognoza pogody wysłuchana w radiu nie przyniosła nadziei, zapowiadał się kolejny tydzień większych upałów niż panujące wówczas w Egipcie. Jak tu łowić, jeśli z nieba dosłownie leje się żar, woda w niemałym, zacienionym przez drzewa i głębokim stawie cieplejsza niż ta w pływackim basenie, na który chodziłem w czasach licealnych. Zostawała noc. Karpie i amury, mimo waleczności i słusznych rozmiarów nie leżały w moich zainteresowaniach, tym bardziej że nie brały, natomiast podobno w stawie pływało kilka słusznych sumów. Gdy tylko słońce odpuściło atakowanie mojej skóry rakotwórczym promieniowaniem i schowało się za naznaczonym sylwetkami drzew horyzontem założyłem na hak 12/0 kawał piekielnie śmierdzącej wątróbki i wywiozłem zestaw na wodę. Niestety noc minęła bez jakichkolwiek oznak obecności ryb. Ani ja, ani nikt inny z towarzystwa nie doczekał się brania. Trudno, i tak czasem bywa. Połowa następnego dnia upłynęła pod znakiem uganiania się za wzdręgami z muchówką. Trochę przypominało to podchody za pstrągami. Najpierw trzeba było wypatrzyć w cieniu drzew stadko krasnopiórek, potem w trudnych technicznie warunkach podać im mokrego spiderka i zabawa murowana, chociaż rzadko kiedy z jednego stadka udawało się wyłuskać więcej niż 2 - 3 ryby. Po kilku holach zaniepokojona reszta stada czmychała w różnych kierunkach i podchody zaczynały się od nowa. Wieczór znów spędziłem pod dachem chroniąc się przed słońcem. Przed zmierzchem nad staw podjechał nie znany mi samochód, z którego wysiadło dwóch wędkarzy, a dokładniej karpiarzy znających doskonale łowisko, pogadali chwilkę i zajęli się organizowaniem swoich nocnych stanowisk "pracy". Dopadało mnie coraz to większe znużenie. Upał, kilkugodzinne machanie muchówką i nieprzespana noc dawały o sobie dobitnie znać. Odespałem może z pół godziny, ale nie chciałem spać, chciałem coś złowić. Wraz z kończącym się dniem powracały plany złowienia wąsacza. Znów rozłożyłem mój sprzęt, niezbyt mocny jak na rzeczne, Wiślane standardy, ale dający spore szanse na wyjęcie dość pokaźnego suma. Trzymetrowe wędzisko ProLogica MPpredator o ciężarze wyrzutowym 40-100g, którym rzucałem już bez specjalnej termy 220 gramowym pilkerem, kołowrotek Okuma Salina w rozmiarze 55 z nawiniętym ćwierć kilometrem ponad pięćdziesięciofuntowej plecionki. Obciążenie stanowił 120 gramowy "karpiowy" ciężarek a zestaw wieńczył stalowy przypon w zielonej, nylonowej otulinie o długości czterdziestu centymetrów zakończony mniejszym tym razem hakiem, bo zaledwie 5/0 lub 6/0. Za radą najbardziej obeznanego z łowiskiem wędkarza przerzuciłem zestawem staw, na drugim brzegu założyłem na haczyk 10 rosówek, tylko tyle było w pudełku, a miejsce na haczyku jeszcze zostało, trudno. Ręką rzuciłem ciężarek z przyponem kilka metrów od brzegu, za spad i punktowo zanęciłem kilkoma garściami śmierdzącego pelletu. Następnie wróciłem do wędki na stanowisku, napiąłem linkę stawiając kij stabilnie na sztorc, na szczytówkę założyłem nie wiem po co dzwonek i odkręciłem hamulec maksymalnie, by ryba nie porwała wędki w trakcie ewentualnego brania. Ale co mogło by wziąć jeśli sumy nie zdradzały w żaden sposób swojej obecności, nawet osiem zestawów w sumie zarzuconych na karpie i amury przez pozostałych łowców nie wykazywały najmniejszych oznak brania. Sandacze, które niby tam były jakoś też nie chciały w mojej głowie pogodzić się z obecnością w przynęcie wielkiego haka i do tego grubaśnego stalowego przyponu. Do północy trwałem przy wędce z irracjonalną nadzieją na branie, lecz kiedy data w zegarku przeskoczyła w następny dzień również i ja przeskoczyłem, na tryb "sen". Wiedziałem, że zasypiam, ale brakowało mi sił, by wstać i zwinąć wędkę. Zasnąłem na rozłożonym obok kija materacu, tuż obok już od jakiejś godziny spała Marika.
Pół godziny później przez mocno zakorzenione warstwy snu zaczęły do mnie docierać jakieś głosy, po chwili dotarł też do mnie całkiem wyraźny i budzący kopniak w tyłek.
-Wstawaj, branie masz! Powiedział, a raczej krzyknął napastnik na mój zadek, jak się okazało po tym jak otworzyłem oczy i oprzytomniałem odrobinkę, jeden z przybyłych wieczorem karpiarzy.
Istotnie, szczytówka wędki drgała rytmicznie a szpula kołowrotka szybko oddawała plecionkę.
Lekko chwiejnym krokiem, zrzucając z umysłu resztki błogiego snu podszedłem do kija i wyjąłem go z uchwytu. Otworzyłem kabłąk i uważając na odwijającą się wciąż linkę dokręciłem "motylek" hamulca niemal na beton, pamiętając, że wszystkie wiślane sumy po zacięciu przez chwilę nie wiedziały co się dzieje i sprawiały wrażenie względnie niewielkich ryb, by po chwili namysłu zamienić się w bestię z siłą parowozu oddalająca się od wędkarza wraz z całym zapasem linki. Delikatnie zaciąłem i zaczęło się... Chociaż prawdę mówiąc nie, nic się nie zaczęło, poczułem pulsujący ciężar na drugim końcu zestawu, oceniłem jednak suma na 2-3 kilo. Dzidziuś niestety. Rozpocząłem pompowanie budząc przy okazji Marikę, by w czasie gdy będę holował rybę przyniosła podbierak i aparat fotograficzny. W międzyczasie zrobiło się wokół mnie małe zbiegowisko kibiców-komentatorów. Jeden głos mówił, że sum i to duży, drugi, że to mała ryba. Po mniej więcej minucie walki a raczej holu, bo na tym sprzęcie ryba nie miała okazji się wykazać w świetle latarki ukazała się zdobycz. Nastąpiła konsternacja. Bezłuskie ciało, ale jakieś takie szerokie, wąsy trochę krótkawe, no i płetwa grzbietowa długa, zupełnie nie sumowa. Na haku wisiał niebrzydki karp.
-Co on ma w pysku, to zielone? - Zapytał jeden z wędkarzy.
-To stalowy przypon odporny na przetarcie sumową tarką - odpowiedziałem.
-Szlag by to trafił. Człowiek nęci, gotuje kulki i kukurydzę, zakłada przynęty na zestawy włosowe, wiąże przypony z miękkich plecionek, by ryba broń Boże nie poczuła podstępu, a taki przychodzi ze stalką, rosówkami i wyciąga największego karpia w historii stawu.
Istotnie, karp był spory, popuściłem nieco hamulec, by mocniej już o dziwo walczący przy brzegu karp nie rozerwał sobie pyszczka w czasie, gdy czekałem na podbierak. Czując mniejszy opór ryba pozwoliła sobie na kilka niedługich odjazdów. Trochę to trwało, ale w końcu Marika przyniosła narzędzie lądownicze, którego siatka jeszcze wieczorem oceniana jako przesadnie, optymistycznie duża nagle wydała się taka maleńka. Wędzisko przełożyłem do lewej ręki a prawą uzbrojoną w podbierak podebrałem cyprinusa. Przy podnoszeniu na brzeg siatka zaczęła pękać i ogon ryby majestatycznie wystawał z podbieraka. Znów wysłałem biedną Marikę na poszukiwania, tym razem aparatu, przecież nie puszczę ryby bez zdjęcia. W międzyczasie zmierzyłem rybę, miała dokładnie 88cm., choć na zdjęciach wyszło, że 85, pewnie kwestia krzywego ujęcia, perspektywy, ale skoro wyszło, to tej wersji trzeba się trzymać.
Majka podała mi wagę, zaczepiłem haczyk urządzenia na siatce od podbieraka i podniosłem do góry. Odczytu nie było. Okazało się, że w miarce nie było baterii... Na szczęście jeden z łowców karpi miał przy sobie nową sprężynową wagę i po chwili mogliśmy odczytać wynik. Nieco powyżej 12 kilogramów brutto. No bez siatki dwanaście powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Otrzymuję gratulacje i ociekające zazdrością zapewnienia Majki i Roberta, że więcej mnie na ryby nie zabiorą.
Po kilku szybkich fotkach i czułościach ryba wróciła do swojego domu, by rosła dalej we względnym spokoju i dawała nadzieję na kolejne spotkania.

Po chwili, gdy emocje nieco opadły zadzwoniłem do domu budząc rodziców i chwaląc się zdumionemu ojcu co złowiłem, nie omieszkałem też złośliwie obtelefonować kilku kolegów, wszak rzadko zdarza się okazja, by mieć prawo dzwonić do kogoś o pierwszej w nocy, a teraz właśnie się nadarzyła i grzechem było by ją zmarnować.
Po wszystkim po raz kolejny zarzuciłem wędkę, tym razem zakładając na hak dendrobeny, ale niestety a właściwie na szczęście już nic więcej nie wzięło i mogłem w spokoju pospać do rana.
Po śniadaniu Robert stwierdził, że z uwagi na brak brań, wszak mój karp był jedyną rozsądnych rozmiarów rybą złowioną na stawie od kilku dni, zaproponował, by zrobić krótką wycieczkę nad Dunajec. Uzbrojeni w sprzęt spinningowy skoczyliśmy zatem na krótki wypad na rzekę poniżej zapory w Czchowie. Robert instruował mnie, że podstawą drapieżnego rybostanu są tu klenie, jazie i bolenie wraz z sandaczami, jest też troszkę okonków. Szczęśliwcom trafia się czasem pstrąg czasami nawet głowacica a szczupaków jest tu tyle, że w zasadzie nie ma. Nastawiłem się więc na połowy karpiowatych drapieżników i w pierwszym rzucie na małą obrotówkę wyjąłem ... a jakże, szczupaka. Zadowolony spojrzałem na minę Roberta, no cóż, fuks, tak samo jak z karpiem. Słońce znów zaczęło dawać o sobie znać a urlop Roberta dobiegał końca, więc po powrocie nad staw spakowaliśmy graty i wróciliśmy do domu i komarów, o których zdążyliśmy zapomnieć na biwaku.
Tego samego wieczora stojąc przed lustrem z maszynka do golenia w ręce wpatrywałem się w odbicie mojej gęby. Na początku roku, podczas noworocznej wyprawy trociowej nad Łebę postanowiłem zapuścić kozią bródkę i zgolić ją, gdy złowię dużą rybę. Jako, że definicja "dużej ryby" w owym postanowieniu nie padła a przyzwyczaiwszy się do bródki starałem się ją zatrzymać, więc dotychczasowe zdobycze w postaci szczupaków poniżej 80cm. mimo, że dawały mi mnóstwo satysfakcji i dumy jednak nie skłaniały mnie do pozbycia się zarostu. Ale jeśli karp o wadze dwunastu kilogramów nie jest dużą rybą, to ja nie wiem co nią może być. Z nutką żalu przystąpiłem do golenia i już po chwili po bródce nie było śladu a skóra twarzy była gładka jak przysłowiowa pupa niemowlaka.
W domu mieliśmy zaledwie kilka dni "dla siebie" i zaraz w następny weekend jechaliśmy pod Wrocław na zlot nad Odrą. Był dla mnie nader pechowy. Najpierw ulewne opady deszczu spowodowały powódź w namiocie i potopienie moich komórek, z których nowsza nie nadawała się już do użytku, natomiast nad wodą Marika łoiła mi tyłek łowiąc i łowiąc,

podczas gdy ja za każdym razem mając coś większego na kiju partoliłem sprawę i spinałem ryby. Jedynie okonki ratowały mnie przez zejściem o kiju i utratą resztek wędkarskiego honoru.
Tak wiec z Dolnego Śląska wróciliśmy zadowoleni, choć ja z nutką niedosytu i żalem, zwłaszcza o tą utopioną komóreczkę.
Kilka kolejnych dni minęło na rannych pracach w obejściu, zwłaszcza na budowie nowego ogrodzenia dla psa, bo Tito - uciekinier naoglądał się chyba w międzyczasie pierwszej serii "Skazanego na śmierć" i zainspirowany losami serialowego bohatera rozwaliwszy ogrodzenie uciekł po raz kolejny.
Czasami z nudów wieczorami jeździliśmy z Mariką nad nieodległe jeziorko w leśnej gęstwinie i męczyliśmy mieszkające tam szczupaki. Woda bardzo mała, ot tysiąc może półtora tysiąca metrów kwadratowych troszkę zarastającego jeziorka ze znakiem "punkt czerpania wody" koło drogi. Na szczęście prawie nikt nie wie, co w nim drzemie i dlatego ryby są tam względnie bezpieczne. Zawsze padał tam chociaż jeden wymiarowy szczupak dziennie, zwykle między 65 a 75 centymetrów. czasami brały intensywnie i łowiło się kilka. Wszystkie ryby wypuszczaliśmy i bardzo często łowiliśmy je ponownie. Jedna samiczka o długości ponad 70cm była złowiona minimum siedmiokrotnie. Najlepszymi przynętami były gumy, konkretnie kopyta i ich mutacje o długości 7-10 cm. Jeden około 2 kilogramowy szczupak dał się skusić na streamera. Nie mało kłopotów miałem z wyjęciem walecznej ryby na muchówce. Jego odjazdy na ogonie i widowiskowe skoki przywodziły na myśl raczej przedstawiciela rodziny Salmo a nie Esox. Jednak po kilku minutach holu skapitulował. Dwa dni później, kiedy oszukałem go perłowym kopytem już na wędce spinningowej również nie chciał się poddać bez oporu i bardzo dzielnie walczył.
Pewnego popołudnia Marika zaprosiła na wspólną wyprawę w roli obserwatora swoją przyjaciółkę, Edytę, która naśmiewała się, jako typowy laik, że łowimy tylko małe "szprotki" i opowiadamy o tym niestworzone historie. Pojechaliśmy więc w trójkę nad wodę, wcześniej zaś, przed wyjazdem dostałem od Mariki wyraźny rozkaz, by złowić konkretną rybę, by Edyta zobaczyła, że wędkarze, zwłaszcza my, potrafią łowić prawdziwe, duże ryby. Oczywiście jak na złość w takich przypadkach ryby za nic nie chciały współpracować. Na nic zdawało się obławianie bankowych miejscówek, zmiana przynęt i inne zabiegi. Klapa na całej linii. Marika zaczęła z nudów męczyć wzdręgi suchą muchą a ja dalej młóciłem wodę gumami. W końcu ulitował się nade mną jeden szczupaczek. Edyta krzyknęła "jaki duży" i była zachwycona, gdy pokazałem jej wnętrze paszczy mówiąc, że w środku ma około siedmiuset zębów, ale ryba nie była wcale duża, szczupaczek nie miał nawet wymiaru. Nadszedł wieczór a my wciąż nie złowiliśmy nic sensownego. Edyta atakowana przez chmary komarów przeszła na drugi brzeg, gdzie czekały nasze rowery i w przedziwnym tańcu mającym za zadanie odstraszenie komarów nalegała byśmy już jechali do domu. Dałem za wygraną, żal mi się zrobiło tej dziewczyny nieprzywykłej do takiego zagęszczenia latających krwiopijców, pomyślałem, że to już ostatni rzut posyłając ośmiocentymetrowego, żółtego z czarnym grzbietem predatora Mann'sa na sześciogramowej główce dżigowej pod zielsko. Po opadnięciu przynęty poderwałem ją delikatnie przechodząc do dżigowania i krzyknąłem w kierunku Mariki
-Dobra, zwijamy się, bo Edyta nam tam zwariuje przez te komary!
W tym momencie poczułem delikatne puknięcie i silne zassanie przynęty. Zaciąłem z jednoczesnym okrzykiem "siedzi".
Po sekundzie oceniłem rybę na około 65-70 cm. Krzyczałem do Edyty, by spojrzała teraz. Odkręciłem hamulec i uniosłem kij maksymalnie w górę prowokując szczupaka do wyskoku, by pokazać jej jak wspaniale i efektownie walczą większe szczupaki. Innymi słowy chciałem po prostu troszkę zaszpanować. Trochę się zdziwiłem, że ryba nie wyskoczyła natychmiast po tym manewrze z mojej strony a jedynie zeszła niżej, do dna utrzymując stały kurs ucieczki. Opór ryby w cudowny sposób wzrósł, jakby urosła lub dopiero zaczęła walczyć. Po dokręceniu hamulca udało mi się jakoś powstrzymać rybę od dalszych odjazdów. Marika i Edyta przybiegły do mnie i zza pleców komentowały co się dzieje. Pomyślałem sobie, że tak silnego i nieustępliwego szczupaka jeszcze tu nie miałem na kiju i niewątpliwie będzie to rekord łowiska. Po chwili Marika pomyślała o tym samym i powiedziała to głośno. Walka się przedłużała a ryba nie chciała się nam pokazać na oczy, jedynie reagowała odjazdem na każde moje nawiniecie plecionki i kręciła się w kółko na małym obszarze kilka metrów od brzegu. Pomyślałem, że TeamDragon do 21 gramów może i jest dobry, wytrzymały i odporny, ale dla szybkiego, mniej męczącego rybę wyjęcia tego stwora jest troszkę zbyt delikatny. Wygiął się zresztą w łuk tuż po zacięciu i jakoś ryba nie pozwalała by troszkę sobie odpoczął choć na sekundę. W końcu po kilku minutach wzajemnego przeciągania plecionki w głębi pokazała się na chwilę sylwetka ryby. Na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że to przyzwoity szczupak tylko coś nietypowo ubarwiony, bo na jasnym tle podłużnego ciała widziałem jak mi się wydawało ciemne nieregularne plamy. Po kolejnej minucie czy dwóch znów podniosłem rybę wyżej, tym razem pod powierzchnię i wszystko stało się jasne. Moim przeciwnikiem nie był szczupak, a sum. Sum tutaj?! Przecież to mały stawek, niezbyt głęboki, w którym ludzie nie spodziewają się niczego poza słonecznicami. Po kilku kolejnych odjazdach, które sum wykonywał wysnuwając plecionkę na trzeszczącym kiju udało mi się podebrać go klasycznie za szczękę i wyciągnąć na brzeg. Nie był duży, 86 centymetrów to jak na sumowe standardy młodzież, ale sprawił mi nie lada niespodziankę swoją obecnością i niezwykłą dla innych ryb zaciętością podczas walki z wędkarzem. Edyta tylko rozdziawiła buzię i podziwiała w lekkim szoku. Zadanie złowienia konkretnej ryby wykonane. Po zrobieniu obowiązkowej dokumentacji fotograficznej ryba odzyskała wolność zaostrzając mój apetyt na poznawanie tajemnic leśnego jeziorka.

I znów było kilka dni względnego spokoju, nie obfitujących w wydarzenia godne zapisania z punktu widzenia czytelnika-wędkarza. Lecz wilka ciągnie do lasu, oj ciągnie. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do Toma. Gadka szmatka i ustaliliśmy, że za dwa dni stawimy się u niego na działce. Był już Dolny Śląsk, przyszedł czas na Górny. Tak też się stało.
Rudolf przywitał nas bardzo ciepło. Poznaliśmy jego Żonę i wnuki. Większą cześć kolejnych dwóch dni spędziliśmy na łodzi obławiając słynny zbiornik Dziećkowice. Lato wciąż nie odpuszczało i ryby nie chciały współpracować, ale przynajmniej okonie zapewniły nam zabawę, szczególnie Marice, i sprawiały, że o nudzie nie było mowy. Codziennie na wiosłach pływałem z nią na drugą stronę Zalewu, w miejsce gdzie okonie żerowały ochoczo. Najchętniej brały na przezroczysto-zielone paproszki z drobnym brokatem. A dwa z nich były przecudnie ubarwione, złociste, z delikatnie tylko zaznaczonymi paskami. Taka nasza, śląska wersja amerykańskich yellow perchów.

Dni spędzone w gościnie u Toma zleciały jak z bicza strzelił i ani się obejrzeliśmy, a już nadszedł czas pożegnania. Ale na pewno nie raz jeszcze się spotkamy. I to niebawem.

W między czasie woda w Rabie opadła i nieco się wyklarowała, choć do normalnych parametrów było jej daleko. Wraz z Majką i Robertem zrobiliśmy sobie kilka miłych wypadów nad rzekę. Tym razem nastawiłem się na brzany. Brzana jest rybą, której jeszcze nigdy nie udało mi się wyholować, raz miałem co prawda na kiju okaz na dolnej Wiśle, u siebie, ale nie dałem jej rady. Wyszło jednak tak, że brzany łowiła wyłącznie Majka, no i Marika jedną małą złowiła na spławik, ja zaś jednego dnia złowiłem na feedera dwa leszcze. Leszcze nieduże, koło 50 centymetrów, ale podobno są tam tak rzadkie, że łowione są na tym odcinku w częstotliwości jedna ryba na trzy lata. No cóż, prawo frajera albo coś, na Dunajcu miało nie być szczupaków, w jeziorku sumów a karpie są ostrożne i nie wezmą na stalowy przypon z wielkim hakiem. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie Robert, który stojąc w wodzie po pas łowił na klasyczną "krakowską" przepływankę bardzo delikatnym zestawem z kołowrotkiem typu Notthingham czy jak kto woli centerpin i dając wspaniały pokaz umiejętności i opanowania wyholował ponad półmetrowego, pięknie spasionego klenia z bystrego nurtu Raby, i to na żyłkę, jaką ja bym założył co najwyżej do łowienia na spławik drobnicy z przerębla a nie na spore ryby w rzece o bystrym nurcie.
Wieczorem dwa dni później oglądałem zza szyby wagonu zachodzące słońce i wspominałem opisywane tu wydarzenia. Wracałem do domu bogatszy o doświadczenie, kilka rekordów i znający kilka wspaniałych osób więcej. Czyż mogłem sobie wyobrazić bardziej udaną wyprawę na ryby? Na pewno nie, trwała długo i dużo się podczas jej trwania wydarzyło. Ale wreszcie, po sześciu tygodniach wracałem do rodzinnego miasta. Stukot kół pociągu usypiał, ale nie mogłem na dobre zasnąć mając wciąż w pamięci przebyte niedawno chwile. Analizowałem je przy zamkniętych oczach i wspominałem przez całe kilkanaście godzin podróży. Rano, przed siódmą przekręcając klucz w zamku i otwierając drzwi powiedziałem "dzień dobry mamo, właśnie wróciłem z rybek" i to była prawda.
Pozdrawiam morrum.