Translate the forum:

{ EXIT } Przeglądasz forum jako gość! Zarejestruj, aby uzyskać pełny dostęp do forum ForumFishmaniak.pl.

Opowiadania wędkarskie Lato 2010r

Opowiadania wędkarskie Lato 2010r

Postprzez Pawel » 18 paź 2010, o 20:55

Pierwsze opowiadanie nadesłał Dariusz Gorgoń

Sandacz a Angielska uprzejmość

-Wstawaj masz już kawę zaraz jedziemy – budzi mnie głos żonki. Sobota a ja muszę zawieźć połowicę do pracy, bo jak to kobitka wiecznie ma mało do wydania w sklepie, ale niema tego złego… myślę sobie ona do pracy a ja na sandacza. Czuje świeżo parzoną kawkę, źrenice się powiększają rzut oka na zegarek – o ku…. 4.30 mój kochany pracuś wstał o godzinę za wcześnie. – ok. nie nerwuj się – myślę sobie szybki prysznic załatwi sprawę. – co ty wyprawiasz!? – słyszę głosik mojej połowicy- zaraz wyjeżdżamy!- Delikatnie jak tylko może za wcześnie zbudzony chłop poprosiłem, aby przyjrzała się zegarkowi. Ranną ciszę przecina szum wody z prysznica. Dalszą dyskusje pominę, po powrocie zabrałem się do szykowania sprzętu z pudełka wylatują wszystkie blaszki na to miejsce lądują gumy różne, różniste, bo niewiadomo, co akurat spodoba się mętno-okiemu. Jako że mam jeszcze godzinkę do świtu postanowiłem sobie umilić czas jakimś filmem. Do ręki wpada mi DVD z „ Gwiezdnymi wojnami” raczej słuchając filmu przygotowuję taktykę, dzień zapowiada się słonecznie, więc polowanie na sandacza ma sens tylko do jakiejś godziny po wschodzie słońca, dosyć przejrzysta woda przepuszczająca zbyt dużo światła nie sprzyja sandaczom. Jest już późna jesień, woda dosyć chłodna, więc agresywne prowadzenie przynęty mija się z celem, muszę być bardzo skoncentrowany brania mogą być bardzo delikatne i trzeba wyczuć, kiedy sandaczysko ma już przynętę w pysku czy tylko ją trąca. Nucąc „Marsz Imperialny” przekładam, zamieniam, przezbrajam. W kuchennym oknie widzę już pierwsze przebłyski budzącego się słońca, spakowany ładuje się do samochodu i ruszam na moje pewne łowisko sandacza, zawsze tam stał więc i dzisiaj liczę na spotkanie. Dojeżdżając do łowiska mija kilku biegaczy, słońce jeszcze nie wyjrzało z za horyzontu, ale widać już na wschodzie czerwieniące się niebo. Mam jakieś dwie do trzech godzinek biczowania wody. Wysiadam łapię za sprzęt zamykam samochód obieram kierunek a tu – good morning – mija mnie pierwszy z biegaczy i kieruj się na ścieżkę biegnącą brzegiem rzek, odpowiadam i podążam za nim dochodząc do brzegu rozwijam sprzęt zaglądam do pudełka wybieram białą gumę kopyto i wiążę na końcu zestawu, kiedy zaciągam węzeł słyszę kolejnego biegacza, który się do mnie zbliża – how are you?- słyszę podnoszę wzrok widzę mężczyznę może koło pięćdziesiątki uśmiecha się do mnie grzecznie odpowiadam odprowadzając go wzrokiem. Ta Angielska uprzejmość, może to i nie szczere, ale miło jest usłyszeć przyjazne pozdrowienie nawet od obcego człowieka, niestety w kraju już mi się zdarzyło usłyszeć nad wodą – e koleżko ja tu nęcę już trzy dni może zmieniłbyś miejsce – „chętnie zmieniłbym twój zgryz” myślę sobie, ale posłusznie ustępuje kolesiowi. Do mojego miejsca jest jeszcze jakieś 300m, z kolejnym muzycznym tematem gwiezdno-wojennym przeczesuje kontrolnie wodę. Trzeci czy czwarty rzut, czuje delikatne szarpnięcie, kilka obrotów korbką następne. Ciekawe, co to? Ponownie zarzucam w to samo miejsce, mniej więcej na tej samej wysokości czuje ostre szarpnięcie, zacinam, pusto- cholera spóźniłem się – myślę sobie, wyciągam zestaw. Ponownie zarzucam, guma wpada do wody, opada na dno, podrywam zestaw i uderzenie. Siedzi, no w końcu. W rytm muzyki siedzącej w mojej głowie kręcę korbką już wiem, że na drugim końcu siedzi okoń, mały, ale co tam na dobry początek starczy. Podbieram rybę i widzę, że okonek jest może 2/3 większy od kopyta, nawet nie sięgnął haczyka po prostu zaklinował z rozdziawionym pyskiem na ogonie przynęty. Delikatnie pozbawiam go nieprzyjemnego ogona z pyska, buźka i do wody. Aż kusi, aby zmienić przynętę i pobawić się z okoniami, ale nie po to żonka mnie zbudziła tak wcześnie żebym się bawił drobnicą. Od razu przypomniał mi się cytat Mistrza Yody „ Przywiązaniu by odeszło rycerz pozwolić musi” Zasuwam, więc na moje miejsce, pierwszy rzut trzy obroty i siedzi. Ale mam szczęście. Po chwili moja radość pryska to nie sandacz, odczepiam szczupaka juniora i zabieram się do wymiany przynęty skubaniec tak ją poharatał, że nie nadaje się do użytku. –Cholera – myślę sobie – jak tu siedzi szczupak to z sandaczem może być krucho. Niestety te dwa gatunki nie przepadają za sobą, więc jeśli znajdą się na jednym terytorium z reguły sandacz wygrywa miejsce, które mu się podoba a jeżeli łapie szczupaka na terytorium sandacza…? Dobra niema, co się denerwować, wchodzę głębiej w moje, sandaczowisko, przecież to dopiero początek ich rewiru. W głowie ciągle jakieś tematy z filmu przeciągam przynętę, uderzenie. Cholera spóźniłem się z zacięciem trzeba się pozbyć tej muzyki z głowy, jestem pewny, że to był obiekt mojego dzisiejszego polowania, ale bierze skubaniec delikatnie i jeżeli nie będę skoncentrowany nie uda mi się zaciąć w tempo. Yoda w mojej głowie powiada „ Oczyścić umysł musisz, aby jasny pogląd na sprawy mieć” – dobra ciebie też muszę się pozbyć mistrzu, bo inaczej d….a zbita – Ten gostek pewnie już nie poprawi, więc przenoszę się kilka metrów dalej, cholera nie pamiętam jak prowadziłem za pierwszym razem, pierwsza próba zarzucam i postanawiam przeciągnąć po dnie. Pierwszy raz, nic kolejne dwa to samo. Ok. teraz skokami posyłam kopyto na drugi brzeg czekam chwilę i podrywam zestaw z dna kilka przeciągnięć bez skutku, przemieszczam się dalej, powtarzam scenariusz. Po którymś razie kolejne branie z opadu, zacinam w tępo siedzi pewnie jak mi się wydaje. Pierwsza faza według scenariusza, czuje na kiju jak bije głową, nie mogę go ruszyć z miejsca, hamulec gra piękną melodie, kiedy próbuje go podprowadzić bliżej. Albo taki duży albo zapomniałem wyregulować sprzęgło w kołowrotku. Jeszcze nie jestem pewny czy to sandacz, ale po chwili jestem już przekonany, na 100% że to obiekt mojego dzisiejszego pożądania. Rusza w moim kierunku, tylko jedna ryba może odstawić taki numer wędkarzowi. Teraz najważniejsze nie dać luzu, bo przy jego twardym pysku może się pozbyć haka, jeżeli tylko dam mu okazje niema, co liczyć na szczęście, że przynęta wbiła się w nożyczki, pełna koncentracja. Przerwał szarże w moim kierunku zatrzymał się na chwilę i ruszył pod prąd, po jakiś 5-6ciu metrach zmienił kierunek ruszył pod przeciwległy brzeg i znowu w moim kierunku – cwana bestia – myślę sobie cały czas pilnując, aby nie powstał luz na żyłce, świat wokół nie istnieje, jestem tylko ja i mój przeciwnik. Na środku rzeki zatrzymuje się i po chwili przewala się swoim cielskiem na powierzchni wody, jestem już pewny, że to sandacz, widzę jego podwójną płetwę i biały brzuch, kiedy znika pod wodą. – good morning- słyszę za plecami, adrenalina, która się podniosła podczas walki z sandaczem teraz o mało nie rozwaliła mi dekla, chwila dekoncentracji i czuje luz na kiju podniecenie przeradza się w chęć morderstwa – how are you?- odwracam się teraz do następnego obiektu mojego polowania „piep…. Angielską uprzejmość” myślę sobie i odpowiadam – a jak myślisz? Właśnie straciłem rybę- nie wiem, co zobaczył w mojej twarzy, ale odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem oddalił się zostawiając mnie samego z moją porażką. Na wschodzie widzę jak słońce wychyla się z za horyzontu, ręce się trzęsą zarzucam, ale to już nie to samo, w głowie słyszę Vadera - chodź ze mną a pokaże ci potęgę ciemnej strony mocy- lepiej wrócę do domu i dokończę oglądać Gwiezdne Wojny.

Dariusz Gorgoń
CATCH AND RELEASE
Łączy nas wspólna pasja - Wędkarstwo
mobile: 0857600801
e-mail kontaktowy: adminfishmaniak@gmail.com
Obrazek

Avatar użytkownika
Pawel

pablo

Administrator
 
Posty: 2410
Obrazki: 17
Wiek: 30
Dołączył(a): 10 mar 2009, o 14:22
Kasa: 299,041.00
Bank: 0.00
Lokalizacja: Dublin
Medale: 1
Rekordowa ryba (1)
płeć: męźczyzna
Gadu-Gadu: 4711838
Miejscowość: Dublin
Level: 39
HP: 935 / 4676
935 / 4676
MP: 2232 / 2232
2232 / 2232
EXP: 2410 / 2461
2410 / 2461

Re: Opowiadania wędkarskie Lato 2010r

Postprzez Pawel » 18 paź 2010, o 21:00

Drugie opowiadanie napisał Maro60

13-go....... pechowy czy nie ?



Irlandia- piekny kraj ,zielona wyspa ,nieskażona przemysłowymi technologiami ,mili i sympatyczni ludzie ,wkoło piekne jeziora ,rzeki kanały pełne ryb .Naród uciskany przez stulecia ,z natury biedny i prostolinijny, żyjacy w sposób prosty i nieskomplikowany.Kraj przezywajacy do niedawna boom gospodarczy , pełen niespodzianek , zaskakujacy widokami, miejscami,dla nas Polaków do tej pory nieznanymi , i w tym my szukajacy swego miejsca . Zyjemy ,pracujemy ,kontynuujemy swoje pasje z których jedna to wedkarstwo ,i własnie w tym kraju mozna czuc sie spełnionym .Jezdzimy razem z rodzinami ,przyjaciólmi poznajemy nowe miejsca, odkrywamy nowe jeziora nad którymi spedzamy czas aktywnie- wedkujac ,lub biernie- grilujac . Bedac kilka dni wczesniej w Co. Cavan nad jeziorem umówilismy sie w ze za trzy dni jedziemy do Virginii nad jezioro Ramor , ale pod namioty, miejsce piekne ,jezioro rybne , może uda sie upolowac ładnego Leszcza. Był jeden problem nie mialem samochodu ....zonka musiala jechac do pracy ... Krzysiek zaoferował sie :
-dobra nie ma problemu zonka dowiezie cie ze sprzetem do Henia a tam przepakujemy sie do mojego i gra ...OK
Zgodziłem sie z radoscia ,ale pozostawał jeszcze jeden problem ....namiot , no tak ale skad namiot ?
Telefon do Henia w celu potwierdzenia wyjazdu :
- no to jak jedziemy pod te namioty czy nie? –pytam Henia
-jasne ze jedziemy. Zabieram dzieci i jazda – odparł krótko
No to mam problem .......z tym namiotem ...ale krótka decyzja jazda do Halforda i jest namiocik na dwie osoby za pare groszy. Pakowanie maneli i rano melduje sie u Henia pod domem .Ale dociera do nas zła wiadomosc. Krzysiek z którym miałem jechac niestety nie jedzie po ostatnim wyjezdzie do Cavan , jego córka rozchorowała sie i nie moze wyjechac .Skomplikowało to troche sprawe bo został jeden samochód , ale cóz jak sie pechowo zaczyna to sie dobrze kończy . Udało sie nam w koncu umiescic wszystkie niezbedne rzeczy w Henia samochodzie, dwoje dzieci, Heniu z zonka no i Ja . Było ciasno jak w puszce sardynek ale nie ma co narzekac ...... i jazda, kierunek Virginia. Prognozy pogody były pozytywne .....moja pani usłyszała w radiu ze przepowiadali ......tzw Indianski weekend ? .
-.czemu Indiański ?....moze czerwony ? no niewazne dla wedkarza pogoda nieistotna ......byle by rybka brała. Dojechalismy na miejsce póznym popołudniem około 16.00. Piekne jezioro , takie troche swojskie ,polskie . Dojazd do wody dobry ,praktycznie samochód pod nosem ,wypakowanie, stawianie namiotów . Dzieci jak to zwykle bywa ucieszone zaczeły zabawy w „terenie „ a my z Heniem do swoich zajec . Zaneta , rozkładanie sprzetu . Zdecydowalismy sie na łowienie gruntowe oraz jak to zwykle bywa „ na martwa rybke „ z nieodzowną w tym wypadku makrelą .Wedki zarzucone , rozsiedlismy sie wygodnie w fotelach ,papieroski, piwko w reke i rozkoszowalismy sie otaczajacym nas pieknym krajobrazem .W doborze techniki wedkowania pomagała nam troche pogoda, nie było zimno , ale niestety na jeziorze hulał wiatr i to spory .Utrudniał nawet zobaczenie drgania szczytówek poruszanych falą i wiatrem . Pod wieczór okolo 18 –stej pierwsze brania , pierwsze płocie w granicach 27/30 cm, preferuja peczek czerwonych robaków ,zaneta ciemna płociowa „Trapera „ z dodatkiem mixu , białych i czerwonych robaków i atraktora vaniliowego .Wedki „pajkowe „ niestety nie daja znaku zycia ,ale nie tracimy nadziei - pogoda przecież sprzyja szczupakom . Dla rozgrzania sie probujemy troche spinnigu ale z zerowym efektem , nawet okonki nie chca wspólpracowac, widac drobnica została przegoniona z brzegu . Wytrzymujemy do późnego wieczora, wiatr nad wodą dokuczliwy wiec niema co siedziec idziemy spac . Nastepnego dnia wstajemy wczesnie mniej wiecej o wschodzie słonca, które nieśmiało wychyla się zza horyzontu.I co? i złowroga data 13. .....i to jeszcze piatek.Nasze wedki nie wabią nas wygiętymi szczytówkami , dalej nic. Od piatej , szóstej zaczynaja sie brania na feederach... płotki i okonie .Około ósmej zacinam branie na feederze i słysze jak Heniek krzyczy :
-masz branie na trupka !!!!!!!
Zostawiam feeder i biegiem do wedki gruntowej z martwa rybka zacinam i .............jest piekny szczupak .Za chwile około metrowa swieca w odległosci kilku metrów od brzegu .Ładna sztuka . Heniu biegnie do namiotu po aparat fotgraficzny ,robiac zdjecia ocenia- na „ metrówke”. Ciezko idzie, kołowrotek świszcze oddając kilkanaście metrów żyłki mozolnie ją zwijam, ryba jednak nie poddaje się. Moze faktycznie.........po około 20 minutach szczupaczek zmeczony odjazdami daje sie zlądowac na trawiasty brzeg. Piękna sztuka ......mierzymy i ......95 cm ....niewiele zabrakło, ale to mój najwiekszy jak do tej pory szczupak .Nie wazymy szczupaka szkoda go męczyc .......no i bracie do wody , odpływa machajac na pozegnanie ogonem.I jak tu mówic o pechowym piatku trzynastego, to moja rekordowa ryba . Wiaterek dalej utrudnia łowienie. Idziemy z okoniówkami kilkanascie metrów dalej, gdzie znajduje sie mała zatoczka z wypłyceniem , troche zarosnieta ale wyglada obiecujaco. Kilka rzutów Henia i sa brania z opadu ,okonie ida jeden za drugim , ja równiez dwa rzuty i mam dwie sztuki . Nagle.........strzał.... peka wedka powyzej łaczenia ( Robinson Xenon Perch 240cm cw 2/10 ).....no to juz po okonkach ,pierwsza w zyciu złamana wedka na 3,5 gr główce .....tak to bywa, w koncu trzynasty i do tego piatek .
W pogodzie nic sie nie zmienia, wiatr raz ustaje raz wzbiera na sile.Jedyna ciekawostką jest stado pasacych sie krów na niedalekiej łace graniczacej z brzegiem jeziora, które schodza na brzeg do wodopoju .
Pod wieczór odwiedza nas kolega Darek, mieszka niedaleko, wiec podjechał na pogaduchy , wypilismy po piwku.Noc mija bez emocji nie licząc pojedyńczych brań płotek .Sobotni poranek jest juz spokojniejszy,dojezdza reszta rodzinki i robi sie „ picknikowo”. Odpuszczamy sobie wedkowanie i grillujemy ,panie jak to zwykle bywa na lezaczki i opalanie ,dzieciaki równiez przestaja utrudniac zycie i szaleja nad woda .Około poludnia odwiedza nas przedstawiciel miejscowego irlandzkiego klubu wedkarskiego „ King Fishermann „ informujac ze odbeda sie w niedziele zawody spławikowo –gruntowe pytając nas czy będziemy wyjeżdzac. Poinformowaliśmy go, że planujemy pozostac nad jeziorem jeszcze jedną noc i nastepny dzień, jeśli to będzie możliwe i nie bedzie przeszkadzac w ich zawodach.Nie było to żadnym problemem, wyznaczył ostatnie stanowisko przed naszym obozem w odległości około 15 metrów.
Przedstawiamy sie ze jestesmy z Polskiego klubu Fishmaniak , dajemy mu Nasza naszywke z Logiem klubu, po wszystkim nastepuje krotka wymina grzecznosciowych zwrotów , uścisk dłoni i wracamy do grillowania.Dzień minął szybko przy kiełbaskach i karkówce a także przy piwku.Zapadł zmierzch, nadeszła rozgwiezdzona noc.Ucichł wiatr zrobiło się ciepło.Wszyscy zachwycali się spadajacymi kometami , ...........ach gdyby miały sie spełnic wszystkie zyczenia w zwiazku z ich spadaniem to chyba bym był juz milionerem .Widok wspaniały, cieplutko,jezioro jak lustro ......a ryby .....spia, wiec my tez do spania. Jezioro przez noc wygladziło fale ,pojawiły sie łabedzie. Nieopodal na malenkiej wysepce przesiaduje kilka kormoranów , widac przelatujaca Czaple .Pogoda coraz piekniejsza. Heniu juz od rana atakuje z gruntu płotki i okonki, ja tam tez wyciagam kilka sztuk , upał narasta ,diametralna zmiana pogody . Dwie noce w polarach i cieplych czapkach a teraz w spodenkach i łapiemy „ rentgeny „.Zjawiaja sie pierwsi Irlandczycy o 11 zawody. Heniu zagaja ich o miejscówki ,chetnie udzielaja informacji ,pokazuja gdzie „szczupłe” biora najlepiej....jest dobrze . Widac jak mała rybka podchodzi pod brzeg w zatoczce ,a za nia widac okonie , trzeba cos zmienic , ja wyjmuje swojego trupka , zakładam płotke i na spławik i przechodzę w inne niz do tej pory miejsce. Rzucam w okolice wypłycenia około 3-4 metry od brzegu na krótkim 30 cm przyponie .Heniu w tym czasie intensywnie „kosi „ okonie , tym razem zmiana techniki , prowadzi gumki nad roslinnoscia , ida jeden za drugim cos sie dzieje .U Irlandczyków tez ruch w interesie zaczeli zawody , łapia rybki raz za razem ..........i na rózne techniki , dwóch na waglery , jeden na grunt , trzech na tyczki odległosci tez rózne 10 m, 5 m 20 m nikt nie siedzi bezczynnie .Dobrze było skorzystac z okazji i ich troche podpatrzyc , no cóz człowiek całe zycie sie uczy ( wyniki mieli pomiedzy 6kg do 11kg –zwyciezca ).Około pietnastej widze jak znika mój spławik , dobiegam do wedki ( kołowrotek z wolnym biegiem ) podrywam i...........pełna lipa ,zapomniałem o przekręceniu korbki . Ryba nie zacięta , zyłka splątana, ale cóz żyłka w reke i sciagam. Jest !!!! szczupak ,całe szczescie daje sie podebrac.Mierzymy jest 72 cm tez dobrze ......troche mi wierzga do zdjecia ale po chwili wraca do wody. Irlandczycy patrza z zazdroscia i gratuluja wyniku....no to dla mnie juz koniec .Okoni i płoci nie liczylismy. Na biezaco wypuszczaliśmy je do wody , ale naprawde było tego sporo szczególnie w ostatni dzien .
Generalnie wszyscy bylismy zadowoleni ,dzieciaki ucieszone ,wypoczynek połaczony z udanym szczególnie dla mnie końcem,oby tak zawsze. Nalezy połaczyc przyjemne z pozytecznym, zamiłowanie do wedkowania z wypoczynkiem nad pieknie połozonym jeziorem . I nie ryba powinna byc najwazniejsza .Wypoczynek z rodzina i przyjaciólmi nad woda ....nie ma nic lepszego , a jezeli jeszcze mozna złowic swoją zyciową rybe , to czegóz mozna jeszcze sobie zyczy......


( Maro60 )
CATCH AND RELEASE
Łączy nas wspólna pasja - Wędkarstwo
mobile: 0857600801
e-mail kontaktowy: adminfishmaniak@gmail.com
Obrazek

Avatar użytkownika
Pawel

pablo

Administrator
 
Posty: 2410
Obrazki: 17
Wiek: 30
Dołączył(a): 10 mar 2009, o 14:22
Kasa: 299,041.00
Bank: 0.00
Lokalizacja: Dublin
Medale: 1
Rekordowa ryba (1)
płeć: męźczyzna
Gadu-Gadu: 4711838
Miejscowość: Dublin
Level: 39
HP: 935 / 4676
935 / 4676
MP: 2232 / 2232
2232 / 2232
EXP: 2410 / 2461
2410 / 2461

Re: Opowiadania wędkarskie Lato 2010r

Postprzez Pawel » 18 paź 2010, o 21:07

Opowiadanie nr 3 przesłał PikeMaster - Michał Gałda

Ktoś mi kiedyś mi powiedział, gdzieś w sieci, „mieszkasz w Irlandii już tyle lat i łowisz ryby tyle lat a nie znasz nikogo z Fishmaniaka”. Odpowiedziałem że nie. I tak się zaczęło. Pierwsze logowanie no i już byłem w środku. Zacząłem czytać, wertować i sprawdzać na mapie gdzie jest to miejsce o którym tam piszą. Tak to się zaczęło i tak trwa do dzisiaj. Później były pierwsze wpisy na forum i nieśmiało zadawane pytania. W końcu do w wszystkiego w wędkarstwie dochodziłem sam, mając za pomoc jedynie wędkarską prasę. A tu proszę grupa ludzi gotowych do współpracy, wymiany doświadczeń, w dodatku służąca pomocą. Pierwszy wyjazd na rybki z kolegą z forum na szczupaki. Z resztą z Grzesiem Cork regularnie gdzieś jeździmy, później była pierwsza relacja z wypadu no i pierwsze zawody.





Później wspólne wyjazdy z Henkowy, poznawanie nowych łowisk itd. Do tej pory siedziałem 5 lat na południu Irlandii nie zdając sobie sprawy że istnieją takie miejsca jak Ennell.
Nie widzę potrzeby wymieniać kolejnych udanych wyjazdów i tych trochę mniej udanych. Zawsze było miło koleżeńsko i przyjemnie. Poznałem wielu interesujących ludzi, ha jeden z nich okazał się nawet sąsiadem z mojego rodzinnego miasta. Oby tak dalej, sam sobie życzę wielu sezonów współpracy z kolegami z Fishmaniak.pl, ale kto wie co nam pisane. Mimo to że ten sezon nie jest dla mnie najlepszy, teraz jeszcze ta kontuzja która ogranicza moje wyjazdy na co najmniej 3 tygodnie, i tak jestem bardzo zadowolony bo poznałem ludzi z którymi mogę pogadać o tym co mnie kręci. Poza tym zobaczyłem nowe horyzonty wędkarstwa, poznałem smak rywalizacji. To jest to. Mam nadzieje że spotkamy się wiele razy podczas wspólnych wypraw oraz zawodów.
Długo się nad tym zastanawiałem i postanowiłem nie opisywać nic konkretnego, lecz rzucić okiem na mijający sezon trochę inaczej. Sezon ten jest dla mnie zupełnie inny niż pozostałe Dzięki Klubowi którego stałem się członkiem.
Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia gdzieś nad wodą może w okolicach Cork zapraszam serdecznie i służę pomocą.



Pozdrawiam Michał
CATCH AND RELEASE
Łączy nas wspólna pasja - Wędkarstwo
mobile: 0857600801
e-mail kontaktowy: adminfishmaniak@gmail.com
Obrazek

Avatar użytkownika
Pawel

pablo

Administrator
 
Posty: 2410
Obrazki: 17
Wiek: 30
Dołączył(a): 10 mar 2009, o 14:22
Kasa: 299,041.00
Bank: 0.00
Lokalizacja: Dublin
Medale: 1
Rekordowa ryba (1)
płeć: męźczyzna
Gadu-Gadu: 4711838
Miejscowość: Dublin
Level: 39
HP: 935 / 4676
935 / 4676
MP: 2232 / 2232
2232 / 2232
EXP: 2410 / 2461
2410 / 2461

Re: Opowiadania wędkarskie Lato 2010r

Postprzez Pawel » 18 paź 2010, o 21:12

Opowiadanie nr 4 przesłał Morrum - Michał

Dwunastego lipca od rana nie mogłem usiedzieć na tyłku. Wędki od kilku dni grzały się w pokrowcu, plecak pękał w szwach od upchanych w nim klamotów a ja chodziłem z kąta w kąt nie mogąc doczekać się wyjazdu.
Wreszcie nadszedł wieczór i obładowany tobołami pojechałem ciasnym busem na dworzec kolejowy Bydgoszcz Główna. Byłem na miejscu na pół godziny przed planowanym przyjazdem pociągu, który o jakieś kolejne pół godziny się opóźnił. Tylko spokojnie myślałem drepcząc w miejscu w oczekiwaniu na zieloną sylwetkę lokomotywy. Chowając wydaną przez panią w okienku kasowym resztę do zewnętrznej kieszonki ciut za mocno zaciągnąłem zamek i pękający do tej pory w szwach plecak pękł dosłownie. Kur... wymknęło mi się. Tylko spokojnie, co się źle zaczyna to się dobrze kończy, jak mawiał Czarek w "13 Posterunku". W końcu na industrialnym tle horyzontu ukazały się światła pociągu. Nareszcie. Kiedy żelazny robak dotarł na peron szybko wskoczyłem do środka i zająłem miejsce w prawie pustym przedziale. Po niedługiej chwili pociąg ruszył, za oknami zapadała ciemność rozjaśniana jedynie latarniami mijanych przejazdów i migotaniem gwiazd przebijających się przez chmury. Pociąg sunął na południe a monotonny stukot kół i lekkie kołysanie na szynach zachęcały do snu. Podróż mijała spokojnie, nawet konduktorzy nie przerywali odpoczynku znużonym pasażerom.
Kiedy zaczęło się rozwidniać zbliżaliśmy się do Dąbrowy Górniczej. Śląsk, muszę tu zajrzeć z wędką, bo Tom mnie zabije za niedotrzymanie obietnicy danej jakiś czas temu, ale tymczasem trzeba jechać dalej. Bardzo długie półtorej godziny później pociąg dotoczył się na peron Krakowskiego dworca głównego. Wyskoczyłem na imitującą marmur posadzkę peronu i gnałem co sił w nogach obładowany niemiłosiernie ku schodom prowadzącym do przejścia na inne peron. Według rozkładu wyczytanego w internecie za kilka chwil odjeżdżał mój pociąg w kierunku Tarnowa, a ja nawet nie wiedziałem z jakiego peronu! Na rozkładach nie mogłem go znaleźć, dziwne. Ruszyłem biegiem ku schodom, które pamiętałem, bo już nie raz tędy przechodziłem i stąd jechałem, ale czy to ten peron tym razem, tego nie byłem pewien. Kiedy nieźle już zdyszany pokonałem ostatnie stopnie dostrzegłem czerwony, elektryczny skład z jarzącym się na żółto napisem "Tarnów" na czole pierwszego wagonu. Czyli dobrze trafiłem. Wskoczyłem do pociągu, zająłem miejsce i odpoczywałem po krótkiej, ale męczącej przebieżce. Przydało by się schudnąć i nabrać formy. Po godzinie monotonnej podróży wysiadłem na znajomej mi stacji przed Bochnią. Było około dziewiątej rano ale już o tej porze po wyjściu z pociągu buchnął mi w twarz żar rozgrzanego, drgającego powietrza i zapach topionego asfaltu. Strach pomyśleć co będzie się działo za kilka godzin.
Na stacji czekała na mnie Majka, mama mojej serdecznej przyjaciółki, po rodzinnym przywitaniu zabrała ode mnie kilka bagaży, które umieściła na swoim rowerze w zamian dając mi smycz. No tak, ten kundel Tito znów zwiał z podwórka i nie daje się złapać. Dziwnym trafem tylko wobec mnie nie jest aż tak podejrzliwy i daje się podejść na tyle blisko, by udało się zapiać mu smycz na obroży. Po kilku minutach pies siedział już grzecznie w swoim kojcu a ja rozpakowywałem moje bagaże w gościnnym pokoju, co w przypadku plecaka nie było trudne, gdyż szwy poszły mu do tego stopnia, że wystarczyło go przechylić a zawartość wypadła bez oporów. Planowałem najbliższe dni. Może Wisła, może Raba, może cudowne jeziorko w lesie, które dało mi już niejednego szczupaka a może jedna z pstrągowych rzeczek w okolicy. Zobaczymy.

Pierwsze dwa dni minęły względnie spokojnie. Było zbyt gorąco by samemu wybrać się gdzieś rowerem na ryby, zresztą tak Raba jak i Wisła w nieodległych okolicach były na tyle podwyższone po niedawnej powodzi, że zniechęcały do odwiedzania ich z wędką. Poranki mijały na spokojnych, zwykle drobnych pracach przy domu a popołudnia i wieczory na błogim leniuchowaniu w cieniu i popijaniu zimnego chmielowego napoju. Jednym słowem sielanka. Gdyby jeszcze nie te miliony natrętnych komarów uznał bym, że niepostrzeżenie umarłem i trafiłem do Nieba. Ale nie przejechałem przecież prawie całej Polski, by się opalać. Robert, mąż Majki, wziął kilka dni urlopu i oznajmił ku nieskrywanej radości reszty towarzystwa, że jedziemy na kilka dni na biwak nad wodą. Tak więc następnego dnia całą czwórką wylądowaliśmy nad stawem w Jurkowie. Lokalizacja o tyle korzystna, że na samym stawie można sobie połowić wszystkimi metodami a nieopodal kusząco szumią wody Dunajca. Majka i Robert szybko rozłożyli sprzęt i zarzucili po dwie wędki z nadzieją na branie karpia lub amura, których to ryb jest tam ponoć całkiem sporo, natomiast Marika i ja postanowiliśmy poszukać szczęścia ze spinningami w dłoniach i łowiliśmy okonki, Marika okazała się lepsza, gdyż wyjęła na delikatny zestaw całkiem niebrzydkiego szczupaka, podczas gdy mi brały wyłącznie skarlałe okonki. Późnym popołudniem schowałem się pod dachem uciekając przed promieniami słońca, ale było już za późno, delikatne pieczenie było pierwszą oznaką tego, że najbliższe kilka dni będę cierpiał z powodu słonecznych oparzeń. Wieczorna prognoza pogody wysłuchana w radiu nie przyniosła nadziei, zapowiadał się kolejny tydzień większych upałów niż panujące wówczas w Egipcie. Jak tu łowić, jeśli z nieba dosłownie leje się żar, woda w niemałym, zacienionym przez drzewa i głębokim stawie cieplejsza niż ta w pływackim basenie, na który chodziłem w czasach licealnych. Zostawała noc. Karpie i amury, mimo waleczności i słusznych rozmiarów nie leżały w moich zainteresowaniach, tym bardziej że nie brały, natomiast podobno w stawie pływało kilka słusznych sumów. Gdy tylko słońce odpuściło atakowanie mojej skóry rakotwórczym promieniowaniem i schowało się za naznaczonym sylwetkami drzew horyzontem założyłem na hak 12/0 kawał piekielnie śmierdzącej wątróbki i wywiozłem zestaw na wodę. Niestety noc minęła bez jakichkolwiek oznak obecności ryb. Ani ja, ani nikt inny z towarzystwa nie doczekał się brania. Trudno, i tak czasem bywa. Połowa następnego dnia upłynęła pod znakiem uganiania się za wzdręgami z muchówką. Trochę przypominało to podchody za pstrągami. Najpierw trzeba było wypatrzyć w cieniu drzew stadko krasnopiórek, potem w trudnych technicznie warunkach podać im mokrego spiderka i zabawa murowana, chociaż rzadko kiedy z jednego stadka udawało się wyłuskać więcej niż 2 - 3 ryby. Po kilku holach zaniepokojona reszta stada czmychała w różnych kierunkach i podchody zaczynały się od nowa. Wieczór znów spędziłem pod dachem chroniąc się przed słońcem. Przed zmierzchem nad staw podjechał nie znany mi samochód, z którego wysiadło dwóch wędkarzy, a dokładniej karpiarzy znających doskonale łowisko, pogadali chwilkę i zajęli się organizowaniem swoich nocnych stanowisk "pracy". Dopadało mnie coraz to większe znużenie. Upał, kilkugodzinne machanie muchówką i nieprzespana noc dawały o sobie dobitnie znać. Odespałem może z pół godziny, ale nie chciałem spać, chciałem coś złowić. Wraz z kończącym się dniem powracały plany złowienia wąsacza. Znów rozłożyłem mój sprzęt, niezbyt mocny jak na rzeczne, Wiślane standardy, ale dający spore szanse na wyjęcie dość pokaźnego suma. Trzymetrowe wędzisko ProLogica MPpredator o ciężarze wyrzutowym 40-100g, którym rzucałem już bez specjalnej termy 220 gramowym pilkerem, kołowrotek Okuma Salina w rozmiarze 55 z nawiniętym ćwierć kilometrem ponad pięćdziesięciofuntowej plecionki. Obciążenie stanowił 120 gramowy "karpiowy" ciężarek a zestaw wieńczył stalowy przypon w zielonej, nylonowej otulinie o długości czterdziestu centymetrów zakończony mniejszym tym razem hakiem, bo zaledwie 5/0 lub 6/0. Za radą najbardziej obeznanego z łowiskiem wędkarza przerzuciłem zestawem staw, na drugim brzegu założyłem na haczyk 10 rosówek, tylko tyle było w pudełku, a miejsce na haczyku jeszcze zostało, trudno. Ręką rzuciłem ciężarek z przyponem kilka metrów od brzegu, za spad i punktowo zanęciłem kilkoma garściami śmierdzącego pelletu. Następnie wróciłem do wędki na stanowisku, napiąłem linkę stawiając kij stabilnie na sztorc, na szczytówkę założyłem nie wiem po co dzwonek i odkręciłem hamulec maksymalnie, by ryba nie porwała wędki w trakcie ewentualnego brania. Ale co mogło by wziąć jeśli sumy nie zdradzały w żaden sposób swojej obecności, nawet osiem zestawów w sumie zarzuconych na karpie i amury przez pozostałych łowców nie wykazywały najmniejszych oznak brania. Sandacze, które niby tam były jakoś też nie chciały w mojej głowie pogodzić się z obecnością w przynęcie wielkiego haka i do tego grubaśnego stalowego przyponu. Do północy trwałem przy wędce z irracjonalną nadzieją na branie, lecz kiedy data w zegarku przeskoczyła w następny dzień również i ja przeskoczyłem, na tryb "sen". Wiedziałem, że zasypiam, ale brakowało mi sił, by wstać i zwinąć wędkę. Zasnąłem na rozłożonym obok kija materacu, tuż obok już od jakiejś godziny spała Marika.
Pół godziny później przez mocno zakorzenione warstwy snu zaczęły do mnie docierać jakieś głosy, po chwili dotarł też do mnie całkiem wyraźny i budzący kopniak w tyłek.
-Wstawaj, branie masz! Powiedział, a raczej krzyknął napastnik na mój zadek, jak się okazało po tym jak otworzyłem oczy i oprzytomniałem odrobinkę, jeden z przybyłych wieczorem karpiarzy.
Istotnie, szczytówka wędki drgała rytmicznie a szpula kołowrotka szybko oddawała plecionkę.
Lekko chwiejnym krokiem, zrzucając z umysłu resztki błogiego snu podszedłem do kija i wyjąłem go z uchwytu. Otworzyłem kabłąk i uważając na odwijającą się wciąż linkę dokręciłem "motylek" hamulca niemal na beton, pamiętając, że wszystkie wiślane sumy po zacięciu przez chwilę nie wiedziały co się dzieje i sprawiały wrażenie względnie niewielkich ryb, by po chwili namysłu zamienić się w bestię z siłą parowozu oddalająca się od wędkarza wraz z całym zapasem linki. Delikatnie zaciąłem i zaczęło się... Chociaż prawdę mówiąc nie, nic się nie zaczęło, poczułem pulsujący ciężar na drugim końcu zestawu, oceniłem jednak suma na 2-3 kilo. Dzidziuś niestety. Rozpocząłem pompowanie budząc przy okazji Marikę, by w czasie gdy będę holował rybę przyniosła podbierak i aparat fotograficzny. W międzyczasie zrobiło się wokół mnie małe zbiegowisko kibiców-komentatorów. Jeden głos mówił, że sum i to duży, drugi, że to mała ryba. Po mniej więcej minucie walki a raczej holu, bo na tym sprzęcie ryba nie miała okazji się wykazać w świetle latarki ukazała się zdobycz. Nastąpiła konsternacja. Bezłuskie ciało, ale jakieś takie szerokie, wąsy trochę krótkawe, no i płetwa grzbietowa długa, zupełnie nie sumowa. Na haku wisiał niebrzydki karp.
-Co on ma w pysku, to zielone? - Zapytał jeden z wędkarzy.
-To stalowy przypon odporny na przetarcie sumową tarką - odpowiedziałem.
-Szlag by to trafił. Człowiek nęci, gotuje kulki i kukurydzę, zakłada przynęty na zestawy włosowe, wiąże przypony z miękkich plecionek, by ryba broń Boże nie poczuła podstępu, a taki przychodzi ze stalką, rosówkami i wyciąga największego karpia w historii stawu.
Istotnie, karp był spory, popuściłem nieco hamulec, by mocniej już o dziwo walczący przy brzegu karp nie rozerwał sobie pyszczka w czasie, gdy czekałem na podbierak. Czując mniejszy opór ryba pozwoliła sobie na kilka niedługich odjazdów. Trochę to trwało, ale w końcu Marika przyniosła narzędzie lądownicze, którego siatka jeszcze wieczorem oceniana jako przesadnie, optymistycznie duża nagle wydała się taka maleńka. Wędzisko przełożyłem do lewej ręki a prawą uzbrojoną w podbierak podebrałem cyprinusa. Przy podnoszeniu na brzeg siatka zaczęła pękać i ogon ryby majestatycznie wystawał z podbieraka. Znów wysłałem biedną Marikę na poszukiwania, tym razem aparatu, przecież nie puszczę ryby bez zdjęcia. W międzyczasie zmierzyłem rybę, miała dokładnie 88cm., choć na zdjęciach wyszło, że 85, pewnie kwestia krzywego ujęcia, perspektywy, ale skoro wyszło, to tej wersji trzeba się trzymać.
Majka podała mi wagę, zaczepiłem haczyk urządzenia na siatce od podbieraka i podniosłem do góry. Odczytu nie było. Okazało się, że w miarce nie było baterii... Na szczęście jeden z łowców karpi miał przy sobie nową sprężynową wagę i po chwili mogliśmy odczytać wynik. Nieco powyżej 12 kilogramów brutto. No bez siatki dwanaście powiedział i poklepał mnie po ramieniu. Otrzymuję gratulacje i ociekające zazdrością zapewnienia Majki i Roberta, że więcej mnie na ryby nie zabiorą.
Po kilku szybkich fotkach i czułościach ryba wróciła do swojego domu, by rosła dalej we względnym spokoju i dawała nadzieję na kolejne spotkania.

Obrazek

Po chwili, gdy emocje nieco opadły zadzwoniłem do domu budząc rodziców i chwaląc się zdumionemu ojcu co złowiłem, nie omieszkałem też złośliwie obtelefonować kilku kolegów, wszak rzadko zdarza się okazja, by mieć prawo dzwonić do kogoś o pierwszej w nocy, a teraz właśnie się nadarzyła i grzechem było by ją zmarnować.
Po wszystkim po raz kolejny zarzuciłem wędkę, tym razem zakładając na hak dendrobeny, ale niestety a właściwie na szczęście już nic więcej nie wzięło i mogłem w spokoju pospać do rana.
Po śniadaniu Robert stwierdził, że z uwagi na brak brań, wszak mój karp był jedyną rozsądnych rozmiarów rybą złowioną na stawie od kilku dni, zaproponował, by zrobić krótką wycieczkę nad Dunajec. Uzbrojeni w sprzęt spinningowy skoczyliśmy zatem na krótki wypad na rzekę poniżej zapory w Czchowie. Robert instruował mnie, że podstawą drapieżnego rybostanu są tu klenie, jazie i bolenie wraz z sandaczami, jest też troszkę okonków. Szczęśliwcom trafia się czasem pstrąg czasami nawet głowacica a szczupaków jest tu tyle, że w zasadzie nie ma. Nastawiłem się więc na połowy karpiowatych drapieżników i w pierwszym rzucie na małą obrotówkę wyjąłem ... a jakże, szczupaka. Zadowolony spojrzałem na minę Roberta, no cóż, fuks, tak samo jak z karpiem. Słońce znów zaczęło dawać o sobie znać a urlop Roberta dobiegał końca, więc po powrocie nad staw spakowaliśmy graty i wróciliśmy do domu i komarów, o których zdążyliśmy zapomnieć na biwaku.
Tego samego wieczora stojąc przed lustrem z maszynka do golenia w ręce wpatrywałem się w odbicie mojej gęby. Na początku roku, podczas noworocznej wyprawy trociowej nad Łebę postanowiłem zapuścić kozią bródkę i zgolić ją, gdy złowię dużą rybę. Jako, że definicja "dużej ryby" w owym postanowieniu nie padła a przyzwyczaiwszy się do bródki starałem się ją zatrzymać, więc dotychczasowe zdobycze w postaci szczupaków poniżej 80cm. mimo, że dawały mi mnóstwo satysfakcji i dumy jednak nie skłaniały mnie do pozbycia się zarostu. Ale jeśli karp o wadze dwunastu kilogramów nie jest dużą rybą, to ja nie wiem co nią może być. Z nutką żalu przystąpiłem do golenia i już po chwili po bródce nie było śladu a skóra twarzy była gładka jak przysłowiowa pupa niemowlaka.
W domu mieliśmy zaledwie kilka dni "dla siebie" i zaraz w następny weekend jechaliśmy pod Wrocław na zlot nad Odrą. Był dla mnie nader pechowy. Najpierw ulewne opady deszczu spowodowały powódź w namiocie i potopienie moich komórek, z których nowsza nie nadawała się już do użytku, natomiast nad wodą Marika łoiła mi tyłek łowiąc i łowiąc,

Obrazek

podczas gdy ja za każdym razem mając coś większego na kiju partoliłem sprawę i spinałem ryby. Jedynie okonki ratowały mnie przez zejściem o kiju i utratą resztek wędkarskiego honoru.
Tak wiec z Dolnego Śląska wróciliśmy zadowoleni, choć ja z nutką niedosytu i żalem, zwłaszcza o tą utopioną komóreczkę.
Kilka kolejnych dni minęło na rannych pracach w obejściu, zwłaszcza na budowie nowego ogrodzenia dla psa, bo Tito - uciekinier naoglądał się chyba w międzyczasie pierwszej serii "Skazanego na śmierć" i zainspirowany losami serialowego bohatera rozwaliwszy ogrodzenie uciekł po raz kolejny.
Czasami z nudów wieczorami jeździliśmy z Mariką nad nieodległe jeziorko w leśnej gęstwinie i męczyliśmy mieszkające tam szczupaki. Woda bardzo mała, ot tysiąc może półtora tysiąca metrów kwadratowych troszkę zarastającego jeziorka ze znakiem "punkt czerpania wody" koło drogi. Na szczęście prawie nikt nie wie, co w nim drzemie i dlatego ryby są tam względnie bezpieczne. Zawsze padał tam chociaż jeden wymiarowy szczupak dziennie, zwykle między 65 a 75 centymetrów. czasami brały intensywnie i łowiło się kilka. Wszystkie ryby wypuszczaliśmy i bardzo często łowiliśmy je ponownie. Jedna samiczka o długości ponad 70cm była złowiona minimum siedmiokrotnie. Najlepszymi przynętami były gumy, konkretnie kopyta i ich mutacje o długości 7-10 cm. Jeden około 2 kilogramowy szczupak dał się skusić na streamera. Nie mało kłopotów miałem z wyjęciem walecznej ryby na muchówce. Jego odjazdy na ogonie i widowiskowe skoki przywodziły na myśl raczej przedstawiciela rodziny Salmo a nie Esox. Jednak po kilku minutach holu skapitulował. Dwa dni później, kiedy oszukałem go perłowym kopytem już na wędce spinningowej również nie chciał się poddać bez oporu i bardzo dzielnie walczył.
Pewnego popołudnia Marika zaprosiła na wspólną wyprawę w roli obserwatora swoją przyjaciółkę, Edytę, która naśmiewała się, jako typowy laik, że łowimy tylko małe "szprotki" i opowiadamy o tym niestworzone historie. Pojechaliśmy więc w trójkę nad wodę, wcześniej zaś, przed wyjazdem dostałem od Mariki wyraźny rozkaz, by złowić konkretną rybę, by Edyta zobaczyła, że wędkarze, zwłaszcza my, potrafią łowić prawdziwe, duże ryby. Oczywiście jak na złość w takich przypadkach ryby za nic nie chciały współpracować. Na nic zdawało się obławianie bankowych miejscówek, zmiana przynęt i inne zabiegi. Klapa na całej linii. Marika zaczęła z nudów męczyć wzdręgi suchą muchą a ja dalej młóciłem wodę gumami. W końcu ulitował się nade mną jeden szczupaczek. Edyta krzyknęła "jaki duży" i była zachwycona, gdy pokazałem jej wnętrze paszczy mówiąc, że w środku ma około siedmiuset zębów, ale ryba nie była wcale duża, szczupaczek nie miał nawet wymiaru. Nadszedł wieczór a my wciąż nie złowiliśmy nic sensownego. Edyta atakowana przez chmary komarów przeszła na drugi brzeg, gdzie czekały nasze rowery i w przedziwnym tańcu mającym za zadanie odstraszenie komarów nalegała byśmy już jechali do domu. Dałem za wygraną, żal mi się zrobiło tej dziewczyny nieprzywykłej do takiego zagęszczenia latających krwiopijców, pomyślałem, że to już ostatni rzut posyłając ośmiocentymetrowego, żółtego z czarnym grzbietem predatora Mann'sa na sześciogramowej główce dżigowej pod zielsko. Po opadnięciu przynęty poderwałem ją delikatnie przechodząc do dżigowania i krzyknąłem w kierunku Mariki
-Dobra, zwijamy się, bo Edyta nam tam zwariuje przez te komary!
W tym momencie poczułem delikatne puknięcie i silne zassanie przynęty. Zaciąłem z jednoczesnym okrzykiem "siedzi".
Po sekundzie oceniłem rybę na około 65-70 cm. Krzyczałem do Edyty, by spojrzała teraz. Odkręciłem hamulec i uniosłem kij maksymalnie w górę prowokując szczupaka do wyskoku, by pokazać jej jak wspaniale i efektownie walczą większe szczupaki. Innymi słowy chciałem po prostu troszkę zaszpanować. Trochę się zdziwiłem, że ryba nie wyskoczyła natychmiast po tym manewrze z mojej strony a jedynie zeszła niżej, do dna utrzymując stały kurs ucieczki. Opór ryby w cudowny sposób wzrósł, jakby urosła lub dopiero zaczęła walczyć. Po dokręceniu hamulca udało mi się jakoś powstrzymać rybę od dalszych odjazdów. Marika i Edyta przybiegły do mnie i zza pleców komentowały co się dzieje. Pomyślałem sobie, że tak silnego i nieustępliwego szczupaka jeszcze tu nie miałem na kiju i niewątpliwie będzie to rekord łowiska. Po chwili Marika pomyślała o tym samym i powiedziała to głośno. Walka się przedłużała a ryba nie chciała się nam pokazać na oczy, jedynie reagowała odjazdem na każde moje nawiniecie plecionki i kręciła się w kółko na małym obszarze kilka metrów od brzegu. Pomyślałem, że TeamDragon do 21 gramów może i jest dobry, wytrzymały i odporny, ale dla szybkiego, mniej męczącego rybę wyjęcia tego stwora jest troszkę zbyt delikatny. Wygiął się zresztą w łuk tuż po zacięciu i jakoś ryba nie pozwalała by troszkę sobie odpoczął choć na sekundę. W końcu po kilku minutach wzajemnego przeciągania plecionki w głębi pokazała się na chwilę sylwetka ryby. Na pierwszy rzut oka stwierdziłem, że to przyzwoity szczupak tylko coś nietypowo ubarwiony, bo na jasnym tle podłużnego ciała widziałem jak mi się wydawało ciemne nieregularne plamy. Po kolejnej minucie czy dwóch znów podniosłem rybę wyżej, tym razem pod powierzchnię i wszystko stało się jasne. Moim przeciwnikiem nie był szczupak, a sum. Sum tutaj?! Przecież to mały stawek, niezbyt głęboki, w którym ludzie nie spodziewają się niczego poza słonecznicami. Po kilku kolejnych odjazdach, które sum wykonywał wysnuwając plecionkę na trzeszczącym kiju udało mi się podebrać go klasycznie za szczękę i wyciągnąć na brzeg. Nie był duży, 86 centymetrów to jak na sumowe standardy młodzież, ale sprawił mi nie lada niespodziankę swoją obecnością i niezwykłą dla innych ryb zaciętością podczas walki z wędkarzem. Edyta tylko rozdziawiła buzię i podziwiała w lekkim szoku. Zadanie złowienia konkretnej ryby wykonane. Po zrobieniu obowiązkowej dokumentacji fotograficznej ryba odzyskała wolność zaostrzając mój apetyt na poznawanie tajemnic leśnego jeziorka.

Obrazek

I znów było kilka dni względnego spokoju, nie obfitujących w wydarzenia godne zapisania z punktu widzenia czytelnika-wędkarza. Lecz wilka ciągnie do lasu, oj ciągnie. Chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do Toma. Gadka szmatka i ustaliliśmy, że za dwa dni stawimy się u niego na działce. Był już Dolny Śląsk, przyszedł czas na Górny. Tak też się stało.
Rudolf przywitał nas bardzo ciepło. Poznaliśmy jego Żonę i wnuki. Większą cześć kolejnych dwóch dni spędziliśmy na łodzi obławiając słynny zbiornik Dziećkowice. Lato wciąż nie odpuszczało i ryby nie chciały współpracować, ale przynajmniej okonie zapewniły nam zabawę, szczególnie Marice, i sprawiały, że o nudzie nie było mowy. Codziennie na wiosłach pływałem z nią na drugą stronę Zalewu, w miejsce gdzie okonie żerowały ochoczo. Najchętniej brały na przezroczysto-zielone paproszki z drobnym brokatem. A dwa z nich były przecudnie ubarwione, złociste, z delikatnie tylko zaznaczonymi paskami. Taka nasza, śląska wersja amerykańskich yellow perchów.

Obrazek

Dni spędzone w gościnie u Toma zleciały jak z bicza strzelił i ani się obejrzeliśmy, a już nadszedł czas pożegnania. Ale na pewno nie raz jeszcze się spotkamy. I to niebawem.

Obrazek

W między czasie woda w Rabie opadła i nieco się wyklarowała, choć do normalnych parametrów było jej daleko. Wraz z Majką i Robertem zrobiliśmy sobie kilka miłych wypadów nad rzekę. Tym razem nastawiłem się na brzany. Brzana jest rybą, której jeszcze nigdy nie udało mi się wyholować, raz miałem co prawda na kiju okaz na dolnej Wiśle, u siebie, ale nie dałem jej rady. Wyszło jednak tak, że brzany łowiła wyłącznie Majka, no i Marika jedną małą złowiła na spławik, ja zaś jednego dnia złowiłem na feedera dwa leszcze. Leszcze nieduże, koło 50 centymetrów, ale podobno są tam tak rzadkie, że łowione są na tym odcinku w częstotliwości jedna ryba na trzy lata. No cóż, prawo frajera albo coś, na Dunajcu miało nie być szczupaków, w jeziorku sumów a karpie są ostrożne i nie wezmą na stalowy przypon z wielkim hakiem. Największe jednak wrażenie zrobił na mnie Robert, który stojąc w wodzie po pas łowił na klasyczną "krakowską" przepływankę bardzo delikatnym zestawem z kołowrotkiem typu Notthingham czy jak kto woli centerpin i dając wspaniały pokaz umiejętności i opanowania wyholował ponad półmetrowego, pięknie spasionego klenia z bystrego nurtu Raby, i to na żyłkę, jaką ja bym założył co najwyżej do łowienia na spławik drobnicy z przerębla a nie na spore ryby w rzece o bystrym nurcie.

Wieczorem dwa dni później oglądałem zza szyby wagonu zachodzące słońce i wspominałem opisywane tu wydarzenia. Wracałem do domu bogatszy o doświadczenie, kilka rekordów i znający kilka wspaniałych osób więcej. Czyż mogłem sobie wyobrazić bardziej udaną wyprawę na ryby? Na pewno nie, trwała długo i dużo się podczas jej trwania wydarzyło. Ale wreszcie, po sześciu tygodniach wracałem do rodzinnego miasta. Stukot kół pociągu usypiał, ale nie mogłem na dobre zasnąć mając wciąż w pamięci przebyte niedawno chwile. Analizowałem je przy zamkniętych oczach i wspominałem przez całe kilkanaście godzin podróży. Rano, przed siódmą przekręcając klucz w zamku i otwierając drzwi powiedziałem "dzień dobry mamo, właśnie wróciłem z rybek" i to była prawda.

Pozdrawiam morrum.
CATCH AND RELEASE
Łączy nas wspólna pasja - Wędkarstwo
mobile: 0857600801
e-mail kontaktowy: adminfishmaniak@gmail.com
Obrazek

Avatar użytkownika
Pawel

pablo

Administrator
 
Posty: 2410
Obrazki: 17
Wiek: 30
Dołączył(a): 10 mar 2009, o 14:22
Kasa: 299,041.00
Bank: 0.00
Lokalizacja: Dublin
Medale: 1
Rekordowa ryba (1)
płeć: męźczyzna
Gadu-Gadu: 4711838
Miejscowość: Dublin
Level: 39
HP: 935 / 4676
935 / 4676
MP: 2232 / 2232
2232 / 2232
EXP: 2410 / 2461
2410 / 2461


Powrót do Konkursy

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

?
cron