Translate the forum:

{ EXIT } Przeglądasz forum jako gość! Zarejestruj, aby uzyskać pełny dostęp do forum ForumFishmaniak.pl.

Copperfield....

Kącik poetów.

Copperfield....

Postprzez Stynka » 28 mar 2009, o 15:28

COPPERFIELD

Wojtek zjawiał się zawsze wtedy, kiedy akurat brakowało chleba, kończyła się kawa czy w lodówce oprócz resztek żółtego sera mieszkał już tylko zmarznięty pingwin.
Kiedy zaczęłam kombinować łataną kolację, zdążyłam tylko pomyśleć: „żeby czasem nie przyniosło Wojtka” a już dzwonek dał znać, że nadzieje próżne. Nawet nie pytałam, kto zacz u drzwi stoi. Wojtek powiesił kurtkę swoim zwyczajem byle jak i rzucił od niechcenia:
Nie jestem wybredny, nie grymaszę, wiec dwie możesz dla mnie !

Znaczyło to, że mam resztki sera podzielić na 6 kanapek zamiast czterech. Trudno! Ketchup był, szczypiorek rósł w donicy na balkonie, przynajmniej było kolorowo. Tomasz wyciągnął ostatnią butelkę Merlota. Może nie całkiem „ na temat”, ale w potrzebie nie ma co grymasić. Cały tydzień w szkole był przegwizdany, wracałam późno. Zakupy zrobię jutro. A teraz czym chata bogata.... A jak się komu nie podoba, może pisać apelację do ślepej kiszki. Wojtkowi się podobało. Zeżarł bez marudzenia, popił merlotem i rozsiadł się do pogawędki.

- Od dwu tygodni nie byłem nad wodą i tęsknota za wędką zżerała mnie jak pies kuzyna kiełbasę na rodzinnym biwaku. Szef zrzędził o byle co, widać żona znów chciała samochód do koloru płaszcza- albo odwrotnie- i miał chłopina zgryz, ale dlaczego moim kosztem? Siedziałem po godzinach, kleciłem raporty a tu już po pierwszym szronie i szczupaki pewno grasują. W końcu zamiast się w niedziele wyspać – zwlokłem się z betów o szóstej i pojechałem nad znajome starorzecze koło Inowłodza. Długie, kiszkowate, leżące u stóp niewielkiego wzgórza, zamknięte ramionami sosnowego młodnika. Marzenie. Siedzą tam szczupaki, takie niewielkie, krępe, wypasione: zazwyczaj półtoraki, czasem trafi się dwójka.
Jest tez trochę płoteczki, jakieś okonki no i „koluchy” . Te cholerne gnojki , wszędobylskie i wszystkożerne skutecznie zniechęciły mnie do spławika na tej wodzie. Fakt, że mięsko mają dobre, zwłaszcza w twojej zalewie, ale przez litość, nie da się ich polubić wtedy, kiedy masz ich dwadzieścia na godzinę i zero szansy na coś innego!
Tym razem nawet nie myślałem o spławiku. Spining zmontowałem z prędkością Kubicy, założyłem ukochany woblerek i dalej do akcji. Byłem pełen nadziei i oczekiwania na kaczodziobego ( już można, już nie jest to tekst polityczny!). Czesałem wodę jak głupi ale szczupaki najwidoczniej miały mnie tam, gdzie ja mam to, co mnie nie obchodzi szczególnie. Oblazłem całe starorzecze i nic.
-Dupa zbita, panie hrabio!- bąknąłem sobie smętnie pod nosem.-A było w ciepełku, przy małżonce poleżeć? Kawusię i jajeczniczkę z pieczareczką na niedzielne śniadanko wtrząchnąć? Zachciało ci się- zorba twoja w torbę zawijana- na rybki? To ganiaj, łajzo i szukaj! A one cię wszystkie w skrzelach mają!

Złość we mnie rosła jak bambus na deszczu. Rozumiem, ze nie biorą na gumy, na wobki, wirówki, obrotówki.. Ale żeby nie brały na NIC? Kompletnie na NIC?
W to to nawet moja teściowa by nie uwierzyła. Ta kobieta zawsze wie wszystko, zna odpowiedź na każde pytanie zanim je jeszcze zada. Zero szans na ukrycie czegokolwiek. Teraz tez pewnie usłyszałbym wykład na temat tego, jak to „inni mężowie w niedziele rano to śniadanko żonie do łóżka, na spacerek, do kościołka, a ty żonę samą w taki dzień, cały tydzień cię nie ma i w niedziele tez, a jak już jedziesz, to chociaż cos byś przywiózł, inni zięciowie to tacy zapobiegliwi, do domu wszystko przynoszą a ty tylko pieniądze wyciągasz na te bzdury, jak dziecko się bawisz...etc.etc” Znacie ten potok słów? Znacie! A jak nie, to poznacie, dlaczego macie mieć lepiej niż ja? Już miałem zapytać, czy jak do domu przynoszą wszystko, to taka radość......... ale się powstrzymałem, bo po pierwsze- uświadomiłem sobie, że ukochana mamusia jest daleko a po drugie- licho nie śpi: a nóż – widelec usłyszy i znienacka zaćwierka mi do ucha? Brrrr. Otrząsnąłem się i ruszyłem na poszukiwana szczupłego. Wracać o kiju ani mi się śniło! Wizja mamusi była zbyt realistyczna. Powlokłem się w ostatni zakątek ...... i aż mnie zatrzęsło! Jakiś facet wyciągał właśnie wizualizację moich marzeń. Zębaty mógł ważyć koło trójki. Uuuuuch! Skręciło mnie jak trwała teściowej ( co się tak do mamusi przyczepiłem!?). Ja się wysilam i nic, a ten tak spokojniutko pakuje do siaty ! Bezlistny krzak dawał marniutką osłonę, ale co tam! Stanąłem i gapiłem się na delikwenta jak na cudzą żonę pod prysznicem. A ten skubaniutki, wyciągnął coś z plecaka, pomajtlował przy błystce (chyba, że to woblerek?!) i wywalił to całkiem spore „coś” do wody . Ściągał spokojnie, jednostajnie, jakby z lekkim znudzeniem. Naraz, jakieś 10 m od brzegu zagotowało się. Wędka gostka wygięła się całkiem przyjemnie a mnie adrenalina walnęła niczym łysy grzywką o kant kuli. O żesz ty!!! Nie powtórzę, co przemieliłem w zębach ze względu na obecność kobiety. Ten szczupły miał koło dwójki. Wiem, wiem, człowiek nie powinien się wściekać, bo to karanie własnego organizmu za to, co robią inni, ale jak tu spokojnie wytrwać, jak tenże człowiek jedzie o suchym pysku czy pustym kiju a taki mymłek ciągnie drugiego. Nie gadajcie, że jesteście tacy święci i pędzilibyście z gratulacjami płynącymi z głębi serca. Już to widzę! Życzyłem mu muchy w niedzielnym rosole, wygranej z teściami w brydża (obrażą się co najmniej na kwartał!), przystojnego listonosza..... No nie, taki podły to znowu nie jestem! Brydż wystarczy! Gnany ciekawością podszedłem, przywitałem się całkiem grzecznie (diabły w środku ściśnięte żelazną ręka kwiczały cichutko), pomruczałem coś o przymrozku i olbrzymim wysiłkiem woli zaproponowałem „onemu” papierosa. Nawet grzecznie ze mną zagaił. Wyglądał też całkiem normalnie. W kącikach oczu miał sympatyczne zmarszczki, świadczące o poczuciu humoru. Uznałem, że jest szansa pogłębić znajomość w celach wywiadowczych. Co prawda nie miałem przy sobie żadnego sprzętu wypożyczonego od służb, ale „koniec języka za przewodnika”. Ruszyłem do akcji:
I jak? Widziałem, że pan całkiem ładne dwa wyjął!
Sześć!- sprostował z uśmiechem.- Sześć! Ale do domu wezmę najwyżej jednego.

Trochę zmiękłem, bo już mnie ręka zaswędziała na „mięsiarza” a krew napłynęła do uszu...Aż dzwoniło! Niedowierzanie wzięło jednak górę nad wszelkimi emocjami.
Mogę zerknąć? – wprosiłem się cokolwiek namolnie.
Czemu nie – zgodził się łatwo. Proszę bardzo- uchylił wlot do siatki.

Szczupłe miały nawet wygodnie. Faktycznie było ich sześć, wszystkie wymiarowe, największy ten koło trójki. Możecie sobie wyobrazić, co czułem? Możecie? Jasne, że możecie! Każdy, kto choć raz szedł o kiju do domu obok kumpla, któremu szczęście dopisywało, jak kelner pijanemu gościowi do rachunku- zrozumie mój ból.
Na co ?- spytałem, wyrywając sobie spod serca ostatnie zapasy ogłady i jako-takiej uprzejmości.
Na śledzia- uśmiechnął się gość i zrobił do mnie oko.

Poczułem się, jakby mi kto rzeczonym śledziem ortodoncję oklepał. Facet najwyraźniej kpił sobie ze mnie w tak zwane żywe oczy. Wiele można znieść, ale jawnego lecenia w kulki nie!
Szczupły na śledzia! Jaja jak berety gościu struga. Rosła we mnie ochota, żeby mu przemodelować tę przyjaźnie rozjarzoną facjatę......Cywilizacja jednak zwyciężyła ( większy był cokolwiek ode mnie) i z lekko wymuszonym wdziękiem zapytałem:
W oleju czy w śmietanie?
Ani jedno, ani drugie, panie niedowiarku. Na zwykłego, solonego z beczki. Żadne wynalazki! Żadne rolmopsy, matjasy, korzenne...... Normalny solony śledź, a właściwie zgrabny filecik z niego. Pan patrzy- i zaczął pokaz jak iluzjonista.
Na węgorzowy hak nadział pięciocentymetrowy filecik ze śledzia i zarzucił. Ściągał jednostajnie, monotonnie. Zobaczy rybę jak świnia niebo- pomyślałem z mściwą satysfakcją. Cóż, czasem w człowieku budzi się zwierze: koń , krowa, baran, kogut , gęś a czasem... zwyczajna świnia. No cóż, nikt nie jest doskonały! Chrum, chrum....
Naraz wędzisko wygięło się w znajomy sposób i zaczęła się jazda. Piękna świeca, odjazd, parada, odjazd.... A mnie aż zamroczyło. Jeszcze jedna dwójka do siatki. Drżąca ręką sięgnąłem po następnego papierosa. Oczy nie chciały raportować do mózgu a może to mózg odrzucał raport? Copperfield w kuble maczany! Czary ? Bo to nie jest normalne! Nikt mi nie wmówi, że szczupak na śledzia to normalna rzecz! Za skarby Sezamu i całe złoto Fortu Knox! W życiu Romana! Fatamorgana czy co? Nic nie piłem, przysięgam! Żadnego jointa nie zjarałem! A on, skubaniutki, uśmiecha się do mnie i pyta, jakby nigdy nic:
Chce pan spróbować? Ja już kończę a mam jeszcze dwa fileciki!
Kpi czy o drogę pyta? Walić w dziób już, czy poczekać? Jednak ciekawość w człowieku, zwłaszcza w człowieku-wędkarzu jest silniejsza od rozumu, rozsądku, rozwagi, roztropności i tych wszystkich innych „roz”, tak podobno ważnych w życiu. Pełen niedowierzania ( ewangeliczny Tomasz to pikuś!) ale przecież ciekawy jak ukochana teściowa wyciągnąłem rękę po filecik. Montaż zestawu zajął 5 minut. Zarzuciłem, ciągle jeszcze niepewny, czy rzeczywiście zdobyłem się na takie szaleństwo. Holowałem powoli, jednostajnie.........

Nie wierzycie? Sprawdźcie sami! :lol:

Stynka
Nowi użytkownicy
 
Posty: 7
Dołączył(a): 21 mar 2009, o 21:34
Kasa: 0.00
płeć: kobieta
Gadu-Gadu: 0
Level: 1
HP: 0 / 18
0 / 18
MP: 8 / 8
8 / 8
EXP: 7 / 10
7 / 10

Re: Copperfield....

Postprzez DARIUSZ-IE » 28 mar 2009, o 18:39

Pięknie :) wiem że na małą makrelę tak ale żeby na solonego śledzia ? Będę musiał jednak spróbować może zrobię z siebie głupka ale spróbuję ;)

DARIUSZ-IE
 
Kasa: Zamknięty
Bank: Zamknięty
Level: 0
HP: 0 / 0
0 / 0
MP: 0 / 0
0 / 0
EXP: 0 / 0
0 / 0


Powrót do Poezja znad wody

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

?
cron