przez Michael 30 » 25 maja 2009, o 19:47
Lato 1998. Miejscowosc Ryczywol nad Wisla, dokladnie w miejscu gdzie rzeka Radomka wpada do Wisly. Dzis sa tam glowki, ale jakies 10 lat temu była tam piekna dzika woda w miejscu styku tych dwoch rzek, z ladnym warkoczem i kilkumetrowym dolem a przed samym poloczeniem rzek - na Wisle ok 4 metrowa rynna z ostrym nurtem. Zasadzamy sie na nocke. Juz od wczesnego wieczora zywce i rosowki w wodzie. Nieco lzejsze wedki zarzocone w dol i warkocz, a stare pelne germiny wraz z rexami i specjalnie na ta okazje odlewanym obciazeniem ok 350g - w glownej rynnie. Jak co wieczor te same odglosy w glownej rynnie i uderzenia w wode jak by ktos wrzucil pustaka. Myslimy tylko jedno wasate przyszly na kolacje. Tego wieczora olaly nasze smakolyki, ponadto zaczal padac konkretny deszcz wiec schowalismy sie do namiotu. Po jakis trzech godzinach branie u kolegi na Germinie takie, ze az bierze zyle z kolowrotka. Dwie sekundy pozniej takie samo branie na mojej wedce. Pomimo ostrego deszczu wyskakujemy jak poparzeni z namiotu i zacinamy. Cos jest i to bardzo duzego na obu wedkach bo idzie jak pociag z nurtem i nie ma mowy by go zatrzymac. Spogladamy na siebie przerazeni widzac jak zylki znikaja z kolowrotkow. Rexy piszcza a ,,sum’’ nie daje za wygrana. Po chwili spogladam w dal i widze plynace w nurcie drzewo. Kumplowi w tym samym momencie konczy sie zylka a moja przeciera sie w koncu i urywa. No coz tym razem ,,sum’’ wygral. Nocka bez efektow, ale nad ranem ok 6-tej,,dzwoni’’ piekna 2,5kg brzana z gruntu na rosowe. Jedyne pocieszenie tego dnia. Kolega z zazdroscia podbiera, potem bierze nerwowo spinning i idze za szczupakiem na Radomke, na lekko podniesiony bo ok 1,5m stan wody. Po kilkunastu minutach zaciecie i siedzi szczuply na biale kopytko. Podchodze do niego powoli z podbierakiem, ale szczuply jest nieduzy wiec kumpel bez pomocy wyslizguje go na brzeg. W momencie pierwszego dotkniecia szczupaka w celu odchaczenia, ten wystraszony robi szybki ruch glowa i glowka jigowa wbija sie kumplowi w reke dokladnie w mieso pomiedzy kciukiem a palcem wskazujacym. Sam nie wiem jak to sie stalo, bo szczuply w koncu zwial (i tak mieslismy go wypuscic), reka ostro krwawi a kolega drze sie z bolu. Przy kazdej probie wyciaganiecia lzy same leca z oczu. Polska (kolorowa) glowka jigowa z ogromnym zadziorem i tepym grotem tkwi gleboko, nie dajac sie ruszyc. Widzimy tylko jedno wyjscie - wypchnac ja na zewnatrz przebijajac dlon w nowym miejscu a potem odciac kombinerkami zadzior. Kumpel zagryzl zeby a ja robilem za chirurga. Najgorsze bylo to ze oprocz tepej glowki jigowej mieslismy tez tepy noz, ktorym musialem nadciac skore widzac juz wystajacy grot haka, no ale jakos poszlo. Przypuszczam ze byloby mniej bolu jak by to był hak gamakatsu.Ten dzien tylko dla mnie okazal sie szczesliwy, bo godzine pozniej zlapalem jeszcze dwa kilowe leszcze z gruntu na biale, a kolega w tym dniu nic oprocz tego szczupaczka. Za to tydzien pozniej pokazal klase i wyjal w jedna noc dwa sumki 6,5 i 4kg na rosowe, a ja jednego ladnego zerwalem. Jeszcze wtedy nie wierzylem ze kilkukilogramowa ryba (przypuszczam ze nie mial wiecej niz 10kg) idac z nurtem moze wyciagnac za pierwszym odjazdem caly 100m zapas zylki na przyponie 0,30mm. Od tego czasu mam juz zawsze 150-200m zapas. W tamto lato zlowilismy w tym miejscu jeszcze kilka brzan no i troche sumowej mlodzierzy. Kilka miesiecy pozniej, jakies 2km w gore rzeki zbudowano glowki na Wisle, miejsce totalnie sie zmienilo i wyplycilo przy samej Radomce. Nie wiem jak jest teraz, ale musze kiedys pojechac tam na ryby i zobaczyc, no i oczywiscie powspominac.