serdecznie dziękujemy i zachęcamy do przesyłania Waszych artykułów .
Zimowa wyprawa lipieniowa na szkocką rzekę Annan 21-28/11/2010
Miejsce magiczne. Naczytałem się o nim sporo w internecie, to właśnie tam mieszkają najgrubsze lipienie. Nie piszę najdłuższe, ale na pewno najcięższe. Nigdzie nie spotyka się takich kabanów.
Jedziemy. Wprawdzie ja jeszcze jako pasażer, bo Artur zawozi nas na lotnisko w Dublinie, ale to ma się niebawem zmienić w Glasgow Prestwick, gdzie czeka na nas wynajęty w Hertz samochód. Szybka odprawa i wchodzimy na płytę lotniska. Porywisty wiatr powoduje, że deszcz pada poziomo i zastanawiam się , czy z tego powodu nie będzie opóźnień. Bez problemu i o czasie startujemy i po 45 minutach spokojnego lotu jesteśmy w Szkocji. Zabieramy bagaże z taśmy szczęśliwi, że wędki są znowu z nami, całe i gotowe do akcji. Przy kontuarze wypożyczalni samochodów czeka na nas miła niespodzianka. Zamówiony z
dużym wyprzedzeniem samochód Ford Focus wcale na nas nie czeka na parkingu. W zamian z przeprosinami dostajemy Audi A4 w wersji kombi, oczywiście bez żadnych dodatkowych dopłat
Kierunek - miejscowość Moffat. Nawigacja pokazuje, że powinniśmy pokonać trasę w godzinę z małym haczykiem. Na gładkiej nawierzchni autostrady pusto, bo to już 10 wieczór, a ludzie jutro muszą iść do pracy, a my na ryby – dobre uczucie. Dwulitrowy turbodoładowany silnik aż się prosi, by pojechać szybciej, ale co rusz nawigacja ostrzega o stojącym radarze, więc piekielnie szybka dwu sprzęgłowa skrzynia biegów DSG musi poczekać z pokazaniem swoich możliwości.
Dojeżdżamy na miejsce. Duży i wygodny parking przed Star Hotel (http://www.famousstarhotel.co.uk) tworzy zaskakujący kontrast z najwęższym hotelem na świecie.
Oczywiście jest wpisany w Księdze Rekordów Guinnessa, o czym informuję tabliczka na ścianie hotelu, jak i każdy folder hotelowy. Budynek ma 20 ft (stóp) szerokości, co daje 6.09 metra, no i 162 ft długości – 49.37 metra. Bardzo osobliwa konstrukcja. Już na nas czekają z kluczami, ale za nim kładziemy się spać postanawiamy wypić po kufelku regionalnego piwa. Wędkarzy w listopadzie w barze hotelowym nie ma, bo sezon łososiowy się właśnie skończył, a za lipieniem się nikt nie ugania, o czym będziemy mieli okazję się przekonać przez kolejnych pięć dni. Nie ma z kim porozmawiać o tutejszych wodach, ani skąd zaczerpnąć
wędkarskich informacji. Trudno, pozostaje piwo. Cóż to było za PIWO. Ręcznie robione, nie pasteryzowane PIWO, które wytwarzają w okolicznej manufakturze od setek lat po prostu miażdży wszystkie wynalazki, które możemy znaleźć na sklepowych półkach, a których już nigdy nie nazwiemy PIWEM, tylko piwem.
Wstajemy o 7 rano i jemy typowo szkockie śniadanie, czyli jajka sadzone, bekon, kiełbaski pieczone, tosty, po plasterku kaszanki czarnej i białej, później doprawiamy tostami z dżemem pod kawczana i solidnie najedzeni jesteśmy gotowi zacząć lipieniową przygodę nad rzeką Annan.
Razem z Andrzejem zamieniamy się w dzieci, które już za chwilę mają rozpakować choinkowe prezenty. Z licencjami w kieszeniach, z objaśnieniami co i jak wolno, a czego nie, a przede wszystkim gdzie, zaczynamy na odcinku ...... całkowicie zamkniętym do wędkowania w okresie zimowym, o czym będziemy się przekonywać ze strażnikami rzeki. Słodka niewiedza, że możemy stracić cały sprzęt wędkarski, starcić samochód, który może być uznany jako narzędzie kłusownicze i jeszcze do £ 5000 dla każdego z nas w postaci mandatu, pozwala nam w doborowych humorach drżącymi z podniecenia rękami rozkładać wędki, ubierać się w spodniobuty i co chwila zerkać na rzekę, która okazuję się być krystalicznie czystą wodą, na swoim normalnym poziomie .
W tych górskich okolicznościach nawet po niewielkim deszczu potrafi błyskawicznie przybrać, ale my przez cały pobyt będziemy ją oglądać włąśnie w takiej kondycji. Zaczynam tuż za mostem, gdzie na specjalnie przygotowanym parkingu dla wędkarzy zostawiamy samochód i schodzimy z prądem. Na pierwszy ogień idą nimfy. Andrzej pokazuje mi metodę żyłkową, więc idąc za jego radami trzymam wędkę wysoko w górze, jakbym chciał strącić jabłka ze szczytu drzewa. Schodzę pierwszy, ale trzymam się blisko, by dokładniej podglądać mistrza w akcji i czegoś nowego się nauczyć. Dno kamieniste, zero jakichkolwiek luźnych części dna, w postaci piasku, czy choćby żwiru. Stoimy na środku rzeki, a woda sięga nam do pasa. Oddaje może dziesiąty rzut tego dnia i widzę jak stykająca się z wodą fluorescencyjna żyłka zaczyna podskakiwać. W pierwszej sekundzie myśl, że pewnie nimfy obijają się o kamienie leżące na dnie rzeki, ale zestaw prowadzony na napiętej lince daje znać drganiami szczytówki, że jednak coś się dzieje. Zacinam. Pierwsza ryba naszej wyprawy to 30 cm pstrąg potokowy, który swoją walecznością będąc jeszcze w wodzie obiecywał kilka centymetrów więcej. Wrócił po kilku fotkach do wody, jak wszystkie nasze ryby, zawsze i wszędzie, zbyt piękne, by były potraktowane inaczej.
Za chwilę mamy zakręt. Czuć rybę. Andrzej w walce z pstrągiem tęczowym 40+ cm daje pokaz akcji swojej wędki, która gnie się w przepiękną parabolę, kiedy ryba ciągnie, a która błyskawicznie się prostuje, gdy ryba podchodzi – pełna kontrola.
Specjalnie ręcznie zrobiona na zamówienie, ponad trzy metrowa wędka do metody żyłkowej na nimfę. Poezja.
Za chilę moja kolej z tęczkiem, na Sage'u 2.75 m AFTM #5. Dynamiczna akcja mojej wędki wymaga skupienia, szybciej męczy rybę, ale nie czuć tak pulsującego ciężaru walczącej ryby, no i częściej niż na miękkim kiju trzeba dobrze operować kołowrotkiem podczas holu.
Mamy kolejne brania, nie wszystkie zaczęte, ale bawimy się świetnie. Nie wytrzymuje z tą stale wyprostowaną ręką do góry. Mięśnie mi mdleją, a Andrzej przez kolejne dni będzie strącał jabłka bez najmniejszej oznaki zmęczenia. Człowiek z gór. Zmieniam zestaw na bombkę jako sygnalizator brań, specjalnie produkowany przez Cortlanda do tej metody, która jest jak najbardziej dozwolona na szkockoch wodach i co najważniejsze niezwykle skuteczna.
Obławiamy ten piękny duży zakręt z głęboką rynną po zewnętrznej stronie, gdy nagle zaczynają spławiać się łososie. Nic sobie nie robią z naszej obecności, czy bliskości. Do końca wyjazdu zostanę nie raz ochlapany przez skaczące łososie w odległości nie większej niż metr. Brania ustają błyskawicznie, a winny temu król rzeki, który w poszukiwaniu najlepszych miejsc na założenie gniazda rozstawia po kątach wszystkie inne gatunki ryb. Schodzimy niżej. Rzeka wyraźnie się rozszerza, trochę zwalnia, zamieniając się w jedną dużą lipieniową płań. Latem to musi być raj na suchą.
Na dnie zaczyna być dostrzegalny żółty piasek i zaczynają się brania lipieni. Bombka jako sygnalizator brań co rusz cała znika pod wodą, nie ma żadnego podskakiwania. Brania są pewne i agresywne, a wyciągam ... same małe palczaki. Robimy sobie przerwę na brzegu, Andrzej musi przewiązać cały zestaw, który jak to bywa od czasu do czasu bez przyczyny potrafi się splątać i to tak, że trzeba ciąć. Dzwoni do żony dając upust emocjom, że nie tylko ryby w wodzie, bardzo
czystej wodzie, zero śmieci, życie nad brzegami w postaci stad krów i baranów, itd. Mieszkając już sześć lat w Irlandii przestałem na takie rzeczy zwracać uwagę, nie taką, by o śmieciach, zwierzętach hodowlanych opowiadać przez telefon, ale daje do myślenia, jakie występują różnice. Mając chwilę czasu na refleksję, postanawiam wyjąć aparat i porobić kilka zdjęć. Robię Andrzejowi zdjęcia na tle rzeki i w tej samej sekundzie, kiedy naciskam spust aparatu w tle
wyskakuje kilogramowy pstrąg potokowy. Drżącymi rękami sprawdzam zdjęcie, czy aby na pewnojest. Jest.
Cieszymy się jak dzieci. Po raz kolejny. Zostały do przywiązania tylko muchy i będziemy gotowi, by ruszyć dalej i wtedy Andrzej otwiera pudełko. Patrzę zaczarowany na muchy, które ma w swojej kolekcji. Ułożone z największą starannością, wykonane przez niego samego z niesamowitym pietyzmem i dbałością o szczegóły, z naturalnych materiałów pięknie komponują się w otwartym pudełku z miejscem, w którym się znajdujemy. Od tej pory łowię na muchy tylko od
Koziela, a swoje stare odłożyłem na dno szafy. Łowimy dalej już bardziej na luzie, ale nic się nie dzieje, oprócz łososi, które wydaje się przywłaszczyły sobie każde miejsce w rzece i nawet na tak pięknym i obiecującym zakręcie nie pozostawiają wątpliwości, że wieczór należy do nich. Z szacunkiem wycofujemy się dając im spokój w miłosnych zalotach. Na dziś jesteśmy przepełnieni i z wielkim apetytem patrzymy na nadchodzące kolejne wędkarskie dni.
Wracamy do samochodu, a tam już czeka na nas dwóch strażników, którzy po uprzejmych powitaniach objaśniają nam, że odcinek jest całkowicie zamknięty i obowiązuje zakaz połowu. Pytają się oczywiście skąd jesteśmy i gdzie się zatrzymaliśmy, chcąc dowiedzieć się jak najwięcej.
Odpowiadamy na wszystkie pytania, pokazujemy zdjęcia, widzą, że mamy wykupione zezwolenia . na kolejne pięć dni wędkowania, ale na niższe odcinki. Pomyliliśmy się o dwa kilometry i zamiast na Annandale Estates wylądowaliśmy na Upper Annandale. Oferują nam, byśmy jechali za nimi i oni pokażą nam dokładnie miejsca, na które mamy zezwolenia, i na których możemy łowić, gdzie możemy parkować. Lekko zażenowany tym jaki błąd popełniłem, delikatnie odmawiam, mówiąc, że już tak dokładnie z mapą w rękach nam wytłumaczyli, że teraz bez problemu trafimy. Na odchodne wskazali nam najlepsze lipieniowe miejscówki na mapie i wiecie co, nie pomylili się nic a nic. W kolejnych dniach, tam gdzie wskazali wyciągaliśmy lipienie i to jakie
Podsumowujemy dzień w hotelowej restauracji z PIWEM w ręku, zajadając regionalne potrawy. W pokoju przed snem na dobranoc pijemy herbatę, a jakże wzmocnioną szkocką whisky. Emocji dzisiaj nie brakowało. Jutro rano śniadanie, to samo przez cały nasz pobyt i wogóle nam się nie znudziło. Jak się człowiek wybiega, to jakiś mało wybredny się robi, a smakuje wszystko podwójnie. Jedziemy już we właściwe miejsce. Pogoda robi się słoneczna i jak na początek zimy jest około +10°C. Rzeka przez noc nic się nie zmieniła. Piękna, niosąca krystaliczną wodę, za każdym zakrętem inna, wszystko dla nas nowe. Jesteśmy na Annanbank Beat i schodzimy z pradem.
Na początku bardzo szybkie szypoty, w których staramy się zlokalizować rynny z głębszą wodą a w nich kardynały. Trafia mi się lipek palczak na płytkiej wodzie. Dochodzimy do miejsca Scarhead Run, tuż przed zakrętem, gdzie rzeka ostro zakręca na kamienistym podłożu. Ten zakręt Girthhead Pothole to najgłębsze miejsce jakie widzieliśmy na wszystkich odcinkach rzeki – 5 metrów, a może i więcej. Ładna “gruba” woda. Teraz Andrzej schodzi pierwszy , mówi że ma branie. Poprawia rzut, zacina. Patrze na jego wędkę wygiętą w nienotowaną jeszcze na naszej wyprawie parabolę i wiem od razu, że ma na końcu wędki to, po co tu przyjechaliśmy – grubego lipienia.
Andrzej chodzi za rybą, raczej biega, unikając forsownego holu stara się za wszelką cenę wygrać ten pojedynek. Patrzę na niego z boku, podziwiając mistrzowski kunszt i opanowanie, nie doradzam, tylko dopinguje w międzyczasie pstrykając zdjęcia. Mam czas, hol trwa już 7 minut a jego końcowy efekt, to okrzyk zwycięzcy “daj pyska” i zdjęcia z 47 cm i ważącym 1.2 kg lipieniem. To Andrzeja życiowy wagowo rekord .
Jesteśmy naładowani energią, łowimy jak w transie co chwila wspominając każdy detal tych 7 minut czystego szczęścia. Jednak do końca dnia już nie mamy brań. Nadchodzi lodowaty wiatr i mimo, że słońce cały czas świeci, już nie ogrzewa. Marzniemy i nie poddajemy się do końca dnia, ale już żaden z nas nie zazna w dniu dzisiejszym smaku walki z rybą. W powrotnej drodze do samochodu podziwiamy z brzegu ilość łososi w rzece . To trzeba zobaczyć, by uwierzyć, no i
nikogo nad brzegami. Jesteśmy zupełnie sami, a rzeka jest nasza. Zauważamy na brzegu łososia z wyżartym brzuchem, oceniamy go na około 3 kg. Pewnie kuna, albo inne zwierze. W pokoju raczymy się herbatką z wkładką i co rusz przeglądamy zdjęcia z dzisiejszego dnia. Kolejnego dnia jedziemy na ten sam odcinek Annanbank Beat, ale samochód parkujemy na sporym parkingu dla wędkarzy tuż koło mostu przy rzece, gdzie miejsce nosi nazwę Mill Pool. Tym
razem idziemy w górę rzeki, by jeszcze tego samego dnia dojśc do zakrętu, który wczoraj dał Andrzejowi 47 cm lipienia. W nocy był mróz i to -6°C. Rzeka wita nas oszronionymi brzegami, a parking który jest o tej porze dnia w głębokim cieniu mostu, jest kompletnie biały od szronu. Jest zimno, a wiatr jakby nic sobie nie robi z tego, że na sobie mamy “siedemset” warstw. W wodzie, jak w pustym akwarium. Nic się nie dzieje. Walczy się do końca i od czasu do czasu podtrzymujemy się na duchu krzepiącym słowem. Rzeka wynagradza bezrybie w postaci pięknych widoków, co staje się dla nas normą i zamiast na każdym miejscu zostawiać ohy i ahy jesteśmy zdeterminowani i skoncentrowani na lipieniach. My chcemy wyciągać je z każdego miejsca
Co godzina zmieniam muchy, by mieć pewność, że zrobiłem wszystko i po prostu nie mogłem lepiej. Ręce zgrabiałe, palce nie chcą się ruszać i nie słuchają poleceń płynących z głowy. Klęczę nad brzegiem zasłaniając plecami ręce od wiatru, by mogły sprawniej przywiązać muchy.
Cieknie mi z nosa i widzę jak gil osiąga metr długości zanim go wiatr nie porwie. Nie wycieram ręką, bojąc się dodatkowych odmrożeń nosa po kontakcie z dłonią. Muchy jeszcze nie przywiązane, ale spróbujcie zapleść córce warkocz grabiami. Tak się właśnie czuje. Zaczynam tęsknić za naszą herbatką z whiskey. Pierwszy raz zerujemy. Obaj. Po posiłku w hotelowym barze, mimo że piwo to PIWO, odpuszczamy je sobie i lecimy do pokoju na herbatę i raczymy się nią tak długo, że nawet uznajemy cały dzień za udany wędkarsko, ale z perspektywy czasu wiem, że to przez herbatę. Kolejnego dnia, a to już czwarty dzień naszych zmagać nad szkocką rzeką Annan jedziemy w samo miejsce co w dniu wczorajszym, na Mill Pool, ale teraz postanawiamy, że schodzimy z prądem w dół rzeki, a to oznacza, że poznajemy odcinek noszący nazwę Kirkbank Beat.
Jest jeszcze zimniej, ale łowimy osłonięci bardzo wysokimi brzegani, które dodatkowo są porośnięte gęstym lasem bukowo – dębowym, więc wydaje się, że jest cieplej niż wczoraj. Słońce dalej świeci, wprowadzając na zdjęciach ciepły klimat, ale proszę zapytać mój reumatyzm – nigdy nie czuł się lepiej. Na domiar tego, znowu nic się nie dzieje. Zero brań i tak przez cały dzień. Postanawiamy, że nie będziemy się katować tak długo jak w dniu wczorajszym i pojedziemy
pozwiedzać, oczywiście wędkarsko. Odwiedziliśmy Glasgow Angling Centre http://www.fishingmegastore.com , czyli największy wędkarski sklep w Szkocji, gdzie są koszyki i wózki dla klientów, tak jak w tesco. Raj. Mają wszystko co jest na rynku, a jak nie mają, to zamówią. Przyślą pod wskazany adres. Nawet nie zauważyliśmy kiedy minęły dwie godziny. Po drodze do Glasgow jedziemy przez miejscówkę, którą wytypowaliśmy na kolejny dzień. Zatrzymujemy się na
moście w miejscowości Newton, by popatrzeć na rzekę. To co oglądamy w wodzie powoduje, że zapominamy o całym zimnie i trudach ostatnich dwóch dni. Tuż pod mostem łososie, ale jakie. Jeden ma spokojnie ponad metr i oceniamy go na 15 kg. Z boku towarzyszy mu trochę mniejszy i kolejnych pięć w bardzo podobnych wymiarach. Mniejszych nie liczymy, ale też sporo. Co chwila się któryś z nich wykłada i szybkimi ruchami płetwy ogonowej stara się pogłębić dołek w
kamiennym dnie. Ryby jakby nie zwracają uwagi, że woda ma pół metra głębokości, a prąd wody jest bardzo szybki. Wyciągamy kamerę, aparaty, by wszystko uwiecznić. Niesamowity spektakl. Patrzymy jak zaczarowani na piękno natury, które w tak czystej wodzie, z mostowego punktu obserwacyjnego i z odległości 5 metrów jest po prostu nierealne. Mędzy łososiami zaplątał się pstrąg potokowy i to jaki – ze 3 kg, który chyba udawał, że jest łososiem, bo pływał razem z nimi i był doskonale widoczny. Zapadał wieczór, a z nim robiło się coraz ciemniej. Czas było się zbierać do Glasgow, tym bardziej, że most nie miał chodników, ani żadnych przejść dla pieszych, więc ile można wisieć na barierce, bo przecież samochody co jakiś czas przejeżdżały mijając nas o włos. Dla takich widoków
warto było podjąć się małego ryzyka. Mieliśmy o czym rozmawiać do i z Glasgow. W hotelu byliśmy koło godziny 23. Tego wieczoru minęła nas pierwsza piaskarka, która rozrzucała sól. W nocy spadł pierwszy śnieg. Nie dużo, ale szyby musieliśmy skrobać z rana. Oczywiście w drodze na miejscówkę Woodend Beat
przejeżdżamy przez most w miejscowości Newtow i nie może być inaczej - musimy się zatrzymać i choć chwilę popatrzeć. Są. Chyba jeszcze więcej. Nie wiem, czy nam się wydaje, ale chyba sporo pogłębiły ten swój dołek. Z góry widać, że to już spore gniazdo o średnicy 2 – 3 metrów o zupełnie innym odcieniu, odcinającym się od koloru reszty dna, które uważny wędkarz podczas brodzenia jest nie sposób nie zauważyć. Jestem pewien, że w czasie naszego wędkowania ani razu nie stanęliśmy na gnieździe. Wiele razy nie brodziliśmy wogóle, gdy było gniazd za dużo, by je omijać, innym razem je obchodziliśmu dookoła.
Łowimy. Jesteśmy w wodzie. Ziemia zamarznięta na kość, na brzegach lód, pomarzło wszystko. Co jakiś czas wychodzimy z wody, by odtańczyć wędkarsko – indiański taniec rozgrzewający nogi, oczywiście z góralskim przytupem. Nie wiem jak Andrzej, ale ja po tańcach w temperaturze nóg nie odczuwałem prawie żadnej różnicy, za to łudziłem się, że jak będę wyciągał stopę z podwójnej neoprenowej skarpety, to przynajmniej nie wysypią się z niej na ziemię palce.
Nie przyjechaliśmy tu w końcu po to, by skakać po brzegu. Nie możemy lalusiować. Przechodzimy koło łososia, który stanął przy samym brzegu. W okularach polaryzacyjnych widać go w słońcu doskonale, a aparat nie chce oddać tego w 100%. Robię mu z dziesięć fotek, które są do siebie bardzo podobne – niewiele widać. Idziemy dalej. O tym, że jest to dobre miejsce świadczy wirówka wisząca z gałęzi, jakieś kawałki żyłek na kilku drzewach, wisi nawet spławik.
Postanawiamy się przyłożyć. Niebywałe, ale na tym delikatnym zakręcie rzeki pod nogami mamy sam piasek i zero kamieni. Pierwsze takie dno, jakie spotykamy na tej rzece. Przy naszym brzegu dno łagodnie opada w kierunku dużej, głębokiej rynny i tą rynne postanawiamy dokłądnie przeczesać naszymi nimfami. Rzucam kilka razy, nic się nie dzieje. Schodzę dwa kroki w dół i ponawiam rzut. Sygnalizator ożywa, zacinam. Wędka gnie się w pałąk, ryba przy samym dnie. Wiem, że jest duża, czuje jak idzie. Piękne uczucie. Po minucie walki luz na żyłce. Staram się przełknąć gulę goryczy wielką jak arbuz. Sprawdzam nimfy. Są. Obie. Może puściły nożyczki w pysku mojego lipienia, może zbyt forsownie go holowałem, może wędkę trzymałem w niewłaściwej pozycji, może, może... Cholera, cóż to był za lipień. Andrzej dodaje otuchy, pociesza, daje rady i wskazówki. Prawdziwy przyjaciel prosto w oczy, a za plecami sam za chwilę zacina i wyciąga kilogramowego, pięknego kardynała. Pocieszył mnie, nie ma co. Oczywiście robie fotki, gratuluje, ściskam rękę. Arbuz goryczy ciągle jest przeze mnie przełykany – łatwo nie jest. Mam branie, zacinam. Ten sam ciężar. Wędka wygięta w pałąk, w końcu to tylko klasa AFTM #5. Delikatnie i w skupieniu chodzę za rybą. Oddaje linkę kiedy odjeżdża, a odjeżdża pod prąd. Napięta linka tnie wodę już dobre kilka minut, ale dla mnie czas stoi w miejscu. Nie czuje już zimna, nie słyszę Andrzeja, tylko staram się zobaczyć w wodzie jak duży jest mój przeciwnik. W tak głębokiej
rynnie, osłoniętej cieniem drzew, przy zachodzącym słońcu, jest to niemożliwe.
Lipień się do mnie zbliża i biorę podbierak do ręki i już jestem gotowy, by go podebrać. Wtedy go widzę. Ponownie odjeżdża na środek rzeki, starając się dotrzeć do swojego domu, do dna głębokiej rynny, walczy pięknie. Kolejna próba podebrania ryby. Podbierak jest za mały. Podbierak lipieniowy jest za mały, by podebrać lipienia. Cóż za wspaniały problem. Wychodzę, wybiegam, a może wylatuje na brzeg, nie pamiętam. Pamiętam, że wyciągam go z podbieraka i kłądę na ziemi, podziwiam jego rozmiary. Jest piękny i wielki. Mierzy 51 cm i waży 1.75 kg. Robimy zdjęcia. Ryba wraca do wody w doskonałym stanie. Teraz czuję euforię i słodycz zwycięstwa. To nieoficjalny rekord Szkocji. Tych nieoficjalnych rekordów jest kilka. To nie ważne, ważne jet to, że ten i wiele innych ciągle tam jest i czeka na nas, kiedy wrócimy, a wracamy w tym roku. Oczywiście w okresie zimowym, mając nadzieje, że kolejny raz będzie co opisywać. Andrzej łowi kolejnego kilogramowca. Pięknie jest.
Zaczynają spławiać się łososie i z doświadczenia wiemy, że lipienie rozpływają się w wodzie w sobie tylko znane miejsca. Próbujemy jednak dalej, ale efekt jest zgodny z przewidywaniami.
Kończymy.
Słońce już zaszło za horyzont, za chwilę będzie ciemno. Musimy jeszcze dojść po zamarzniętej ziemi do samochodu i się przebrać. Mróz przybiera na sile. W zapadających ciemnościach przejeżdżamy przez łososiowy most z wielką ochotą, by się zatrzymać i jeszcze raz na nie popatrzeć. Jesteśmy zmarznięci i wiemy, że jutro też mamy wędkarski dzień – ostatni. Sobota – szusty dzień. W niedziele jest całkowity zakaz połowu na wędkę – takie prawa rządzą w Szkocji i nam należy je tylko szanować. W nocy spadł śnieg i wszystko jest przykryte grubą jego warstwą. Postanawiamy odpuścić wędkowanie i po śniadaniu wracamy do pokoju, by się w spokoju pakować, odpocząć przed drogą powrotną. Andrzej do Polski, a ja do Irlandii. Mamy czas refleksji i podsumowania. Żegnamy się z obsługą bardzo przyjaznego wędkarzom hotelu, gdzie za £35 na dobę wraz z śniadaniem można miło spędzić czas. Same miasteczko Moffat jest
szczególne. Rok budowy większości domów sięga pamięcią czasy krzyżowców przemierzających Europę i od średniowiecza niewiele się tam zmieniło – przynajmniej na głównej ulicy, może za wyjątkiem stacji benzynowej i nawierzchni bitumicznej na drodze. Co najważniejsze dla nas wędkarzy rybostan niewiele uległ zmianom i łososiowate dalej znajdują się w okolicznych rzekach w ogromnej liczbie. Mój ukochany lipień został sztucznie introdukowany do kilku rzek w XIX wieku i znalazł doskonałe warunki do rozwoju. Na potwierdzenie tych słów podaje informację, że 26 lutego 2011 roku na rzece Annan został złowiony na wędkę lipień 53 cm i 1,9 kg wagi. Więcej informacji na stronie poświęconej tej rzece http://www.riverannan.co.uk , gdzie można podziwiać zdjęcie tego lewiatana i dowiedzieć się, że lipień ten jest cięższy od oficjalnego, dotychczasowego rekordu Szkocji o niecałe pół kilograma i tylko nieznacznie lżejszy od najcięższego lipienia, jakiego udało się kiedykolwiek złapać w całej Wielkiej Brytanii. Jestem przekonany, że to tylko kwestia czasu, gdy i ten rekord zostanie pobity, a
pogromca będzie pochodził właśnie z rzeki Annan. Z tą włąśnie nadzieją jedziemy i w tym roku na zimowego lipienia do Szkocji. Tym razem
jednak jedzie nas więcej, a jak będzie, to miejmy nadzieje, że dużo lepiej niż było w zeszłym roku.
Pozdrawiamy i do zobaczenia nad wodą. Andrzej i Arek.





Nowości